wtorek, 26 lutego 2013

Znikam sobie i mnie nie będzie, ha, ha.

     Witam. Mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Po pierwsze, mam ostatnio naprawdę bardzo mało czasu, wiem, że to beznadziejny i oklepany wykręt, ale to po prostu prawda i nie będę wymyślać jakichś niestworzonych historii, by się usprawiedliwić. Jak tak na to spojrzeć, to powinnam zrobić to już dawno, ale dopiero teraz z całą mocą dotarło do mnie to, jak słabo mi idzie. Blogowanie nie sprawia mi już radości, w ogóle nie wchodzę do Internetu, do laptopa siadam góra dwa razy w tygodniu, a to i tak w celu wykonywania szeroko rozumianej pracy. Nie zamierzam usuwać bloga, ani nic takiego, broń mnie Szumiący Borze, to takie chwilowe załamanie. Nadal będę zamieszczać tu posty, zawsze w niedzielę popołudniu. Niestety, nie mogę wchodzić na Wasze blogi, czytać, komentować i odpowiadać na komentarze. Wiem, co ze mnie za bloggerka, prawda? Teraz okaże się, kto jest naprawdę wiernym czytelnikiem i nie wchodzi tutaj tylko po to, by nabić sobie licznik komentarzy, wejść, czy czego tam jeszcze. 

zerochan.net
Nawet Vash nie przyciągnie mnie już do komputera.
      Obiecuję, że wrócę, a będzie to Wielki Powrót porównywalny z tym, który zafundowałam Wam w zeszłym roku. Ciekawe, czy jest tu jeszcze ktoś z tej odległej epoki. W tym miejscu zabawię się trochę w przekupkę  mam masę ciekawych pomysłów (no, mam nadzieję, że są ciekawe), napiszę o mamutach i jak to z nimi naprawdę było (już szukam tych książek), wyjawię kolejną teorię spiskową, zamieszczę cykl zdjęciowy, nad którym długo pracowałam... Czeka też na Was pewna niespodzianka, a może nawet dwie, jak dobrze pójdzie. Ale to wszystko dopiero po powrocie. Mwahahaha. Tak, wiem, łudzę się. 
      
Podsumowując, technicznie znikam stąd na pewien czas, ale notki będę się pojawiać, rzadko, bo rzadko, ale jednak. Tylko od Was zależy, która z tych wiadomości jest dobra, a która zła. 

niedziela, 17 lutego 2013

Zaginiona Dziewiąta Planeta

     Tytuł może sugerować, że będę dzisiaj rozwodzić się nad Plutonem i nad tym, dlaczego to nie jest już planetą. Nie, on nie ma nic do rzeczy. Niektórzy astronomowie sądzą, że kiedyś nasz Układ Słoneczny składał się z dziewięciu planet, a dodatkowy obiekt miał się znajdować między Marsem i Jowiszem. Zaginioną planetę ochrzczono imieniem mitycznego syna Heliosa, Faetona. Ale jak to się stało, że zniknęła? Jakie są dowody na jej istnienie?
       
źródło: zerochan.net
      W starożytności duże wrażenie na pisarzach wywierały opowieści i tajemniczej komecie, która podobno spadła na Ziemię i wywołała katastrofę. Niektórzy przypuszczają, że mogły być to szczątki jakiejś planety. Istnienie Faetonu podejrzewali już uczeni w Biblii astrolodzy i astronomowie, bowiem w widzianym przez nich naszym poczciwym układzie planetarnym brakowało według nich równowagi i harmonii. Słynny Niemiec (Buu, już widzę ten rasizm!), Jan Kepler, uważał, że odstępy między plantami można określić za pomocą proporcji, zupełnie jak taka jedna moja była matematyczka, która potrafiła policzyć proporcją dosłownie wszystko. Dla wszystkich, zwolenników tej teorii i nie tylko, pozostawało zagadną to, dlaczego między Marsem a Jowiszem zieje ogromna pustka, w której zmieściłyby się spokojnie całe zastępy Cthulhu. Krążą tam tylko roje planetoid (A może na każdej z nich siedzi sobie taki mały Slenderman? Przynajmniej byłoby wiadomo, skąd one się biorą!). 

czwartek, 14 lutego 2013

,,Lepiej umrzeć na stojąco, niż żyć na kolanach."

,,Lepiej umrzeć na stojąco, niż żyć na kolanach."
przysłowie rosyjskie

Obrazek z zerochan,net
       Często wyrzucam sobie, że mimo pozornej pewności siebie nie mam odwagi zaprotestować, gdy się z czymś nie zgadzam, w dodatku peszę się nawet wtedy, gdy mam kupić ołówek w sklepie. Tymczasem mam zupełnie inny problem  nie potrafię się ugryźć w język i nabrać wody w usta. Rzadko się denerwuję, ale nie znoszę pewnych sytuacji. Ciężko jest mi się powstrzymać, gdy nauczyciele, przez pomyłkę czy z innych tajemniczych powodów, wprowadzają innych w błąd. Ciężko jest mi nie protestować, gdy mam inne zdanie na jakiś temat i wiem, że jest ono słuszne. Ciężko jest mi olać to wszystko. Owszem, zwykle nie przejmuję się większością takich rzeczy, ale czasem, bardzo, okrutnie wręcz rzadko, gdy coś trafi w czułą strunę... Oczywiście, przez złośliwy los (Taaak, oszukuj się, to na pewno wina losu, a nie twojego braku asertywności wobec rówieśników, na pewno...) ową strunę niezwykle rzadko trącają osoby, które nie mogą mi zagrozić. I to właśnie jest problem, właściwie powinnam napisać, że to był problem, bo teraz zbytnio nie obchodzą mnie już takie rzeczy, ale jednak... Nie wiem, jak można celowo dawać świadectwo kłamstwu, nie wiem, jak można płaszczyć się, gdy wie się o tym, że to nieprawda, paskudna i wredna. 
       
          Może mam to po pradziadku, tak przynajmniej powiedział kiedyś mój tata. Z pradziadka była bardzo ciekawa persona, popełnił mezalians, był w wojsku, trafił do obozu koncentracyjnego i spędził tam pięć lat, potem był prywatnym detektywem w amerykańskiej części Niemiec, a gdy wrócił do Polski, trafił do więzienia na krótki czas, bo nie umiał trzymać języka za zębami i mówił niewygodne dla władzy rzeczy. Szkoda, że ja zawsze twardo stawiam na swoim, ale tylko wtedy, kiedy nie powinnam. Właśnie dlatego wybrałam na swoją patronkę od bierzmowania świętą Weronikę  ona miała odwagę działać inaczej. 
       
          Takie drobne, gimbusiarskie rzeczy, jak nie przyznawanie się do tego, że lubi się jakiegoś nauczyciela albo że nie uważa się szalonego imprezowania za coś fajnego. Paradoksalnie, coraz częściej mówię w towarzystwie kolegów z klasy i szkoły to, co naprawdę myślę i łatwiej jest wyrazić mi swoją prawdziwą opinię. Taki mały, (Klinknijcie...) myszowy  sekret  nie lubię picia i palenia, a zwłaszcza narkotyzowania się u młodzieży (i nie tylko), nie lubię buntowniczek, nie chcę biegać za chłopakami, imprezy wcale nie wydają mi się fajną formą zabawy, nie lubię jak dziewczyny ubierają się w legginsy i krótkie spódniczki, nie lubię świecenia cyckami, denerwuje mnie hejcenie nauczyciela tylko dlatego, że nikt nie wpadł na to, że przecież tych wzorów można się było nauczyć, nie znoszę hejcenia katolików i pozowania na wyzwolone, rozrywkowe osoby, a w dodatku bywa, że cieszę się idąc do szkoły.
      
      
        Tak, możecie mówić do mnie ,,Babciu Myszo". Wiem, że pewnie ten post się nie spodoba, sama nie lubię, jak bloggerzy piszą tylko o sobie, ale wreszcie napisałam to, co chciałam. Zapomniałam już, jak to jest, gdy pisze się bloga tylko dla siebie. Jeśli ktoś dał radę przeczytać cały ten tekst, to mogę mu powiedzieć tylko jedno - przepraszam z całego serca. Głowa od tych wszystkich headdesków musi boleć. 

niedziela, 10 lutego 2013

Kamienie tańczą w Dolinie Śmierci

     Tytuł notki sprawia dość mroczne wrażenie i na pierwszy rzut oka można by się spodziewać, że dzisiaj zamieszczę tu jakiś posępny wiersz (nie ma to jak natchnione poetki z gimnazjum, które robią sobie zdjęcia w glanach na torach, oł je) albo mistyczne wynurzenia. Błąd! Będzie tajemniczo, będzie zagadkowo, ale raczej nie mrocznie i lirycznie...
       
          Dolina Śmierci, najgorętsze miejsce na Ziemi, które w pełni zasługuje na swoją nazwę. Jak się okazuje, to miejsce ma do zaoferowania coś więcej, niż tylko temperatury powyżej pięćdziesięciu stopni. Gdzieś tam, daleko, daleko, w stumilowej Kalifornii, leży sobie i odpoczywa pewne wyschnięte jeziorko, też nazywa się bardzo adekwatnie, bo jego nazwa oznacza mniej więcej ,,tor wyścigowy na dnie wyschniętego jeziora". Nastraja, co nie? Dno usiane jest masą kamieni, można tam spotkać zarówno malutkie kamyki, jak i ważące kilkadziesiąt kilogramów ogromne kamulce. I właśnie to te głazy odpowiadają za część mistycznej otoczki, która otacza tą przeuroczą dolinkę, bowiem te kamienie wędrują po piasku, pozostawiając za sobą malownicze ślady. Czy to nie ekscytujące? Wyobraźcie sobie, wielki kamlot*, który bez niczyjego udziału sunie po dnie doliny, pokonując setki stóp. I nikt nie wie, jak to się dzieje. 

źródło: http://www.joemonster.org/art/10302/Tajemnica_ruchomych_skal_z_Doliny_Smierci
       Oczywiście, powstała cała gama przeróżnych teorii spiskowych, które zawstydziłyby nawet pana Macierewicza, począwszy od teorii naukowych, a zakończywszy na paranormalnych. Najpopularniejsza jest teoria, według której głazy przesuwają się dzięki połączonej mocy wiatru i błota (ta kombinacja zmniejsza wagę kamulca i dodaje +100 do szybkości), ale raczej ciężko wyjaśnić, jak wiatr może przesuwać kamienie ważące tyle, co człowiek. Niektórzy uważają, że kamyczkom może pomagać lód (Pieśń Lodu i Błota?), i że ślizgają się one po błocie na taflach z zamarzniętej wody. Postanowiono sprawdzić, czy to możliwie, ogrodzono wybrane kamienie i wzdłuż szlaku kamienia zamontowano siedem (pewnie magiczna liczba) segmentów metalowych prętów co 64 – 76cm. Gdyby za wędrówki kamieni odpowiadała nasza poczciwa, stara dobra woda w stałym stanie skupienia, albo jej krewny, poziomy ruch powietrza o ksywce wicherek, to druty powinny zniekształcić lub zwolnić spacer. Teraz zaczyna robić się jeszcze bardziej tajemniczo, ponieważ w żadnym przypadku tak się nie stało. Kamienie ledwo trafiały w pręty, w dodatku leżące obok siebie głazy mogą zachowywać się zupełnie inaczej, jeden może wyruszyć tej zimy, a drugi ze stoickim spokojem czekać do następnej, nie drgnąwszy ani o centymetr. Bywa, że kilka kamieni wędruje razem, i przesuwa się równolegle względem siebie, a nagle jeden skręca i zaczyna sunąć w innym kierunku. 
          
       A teraz coś przerażającego. Jeden z kamyczków nazwano Karen, była z niej bardzo filigranowa kobitka, ważyła jakieś 320kg. Głaz ten nie ruszył się ani razu podczas badań, ale zniknął w tajemniczych okolicznościach trzy lata przed moimi narodzinami. Zabranie tego kamlota byłoby dla ludzi trudne do wykonania, a ciężarówka lub inny pojazd musiałby pozostawić jakieś ślady. Tymczasem, żadnych śladów w okolicy nie znaleziono. Szczerze przyznam, że czuję się z tymi informacjami trochę nieswojo, podgryzają moje poczucie bezpieczeństwa i zaczepiają rozsądek. Chyba rację miał Zbigniew Herbert, piszący kiedyś tak o kamykach:

,,Kamyki nie dają się oswoić 
do końca będą na nas patrzeć 
okiem spokojnym bardzo jasnym"

     Muszę przyznać, że już dawno miałam zamieścić notkę o fenomenie tańczących kamieni, ale jakoś zawsze nie miałam ochoty, jednak dzisiaj tak pięknie zaświeciło słonko, że wreszcie zebrałam się w sobie i zamieściłam kolejny post. Nie bez znaczenie pozostaje też fakt, że w ankiecie, w której pytałam, co powinno znaleźć się na blogu, jak na razie najwięcej głosów zyskał punkt ,,posty o niecodziennych (...) zjawiskach". Teraz oczywiście, czas na stały element gry  podobają Wam się takie notki? 

*Kamlot w mojej okolicy jest zgrubieniem od kamienia, a nie materiałem.
Źródła informacji:
http://www.joemonster.org/art/10302/Tajemnica_ruchomych_skal_z_Doliny_Smierci
http://pl.wikipedia.org/wiki/Racetrack_Playa

wtorek, 5 lutego 2013

Pająki huśtały się radośnie, usadowione na swoich ażurowych konstrukcjach.

Spokojnie, to nie jest ,,prawdziwy" wiersz. Pełno pomysłów na posty, ale zupełny brak chęci. Obrazek z zerochan.net
Ludzie, pomóżcie! Zapomniałam, jak się robi screena, wiem, ciężko uwierzyć, że ktoś może być AŻ TAK głupi i roztargniony...
Poprawka - wiedza tajemna już do mnie wróciła. Nagle spłynęło na mnie olśnienie i już wiem, który klawisz jest od czego. 


chaos odsłania przerażonym widzom wewnętrzny porządek
każda cząsteczka zawsze na właściwym miejscu
każdy wyjątek podlegający regułom
każde wykroczenie zgodne z prawem
nawet abberacja śmieje się szyderczo
i niczym doświadczony prawnik prezentuje wachlarz określających jej powstanie praw
to przerażające, że wszystko jest uporządkowane – szepczą ludzie
i wytrzeszczają oczy dzielnicy
nic nie może stać się inaczej
nawet wyobraźnia
wśród ogólnego płaczu i rwania włosów z głowy w obopólnej rozpaczy
odnalazła swe granice
podżegacze i oświeceni przecierają ze zdumienia oczy i pozbawieni entuzjazmu 
ukryli się pod mostem by pędzić tam smętną wegetację
starając się ogarnąć nowo poznane warunki
atomy nadal tańczą zgodnie
wszelkie ludzkie troski zbywając obojętnością rzeczy martwych
ciągi liczbowe które wszystko określają choć w naturze liczba zwierz przedziwny nie występuje
triumfują
wieść idzie szeptana
że wreszcie nastało to teraz 
gdy przyszły odpowiedzi stając rządkiem i kłaniając się
unosząc skrawki sukienek w łowickie wzory
że można wytłumaczyć
pająki nadal tkają swą sieć, ku rozpaczy specjalisty od dezynfekcji, wezwanego przez arachnofoba
samo się nie zrobi  – mruczał specjalista   –  to nie ma wpływu na moja pracę
Pająki huśtały się radośnie, usadowione na swoich ażurowych konstrukcjach.