wtorek, 31 lipca 2012

Steins;Gate w pigułce

     Są takie dni, które po prostu są beznadzieje, a wszystko dookoła dołuje. W nocy nie mogłam spać, potem po raz pierwszy ugryzł mnie myszoskoczek, ma na imię Kropka, jak zwykle biegała po moich nogach, wzięłam ją na ręce, a ona wbiła zęby w mój palec, mocno i głęboko, nie mogłam jej odczepić, wisiała mi na biednym paluszku. Oczywiście potem trzeba było jeszcze ścierać krople krwi z podłogi. Dlaczego ona to zrobiła? Inne myszy chyba by tego nigdy nie zrobiły, a ona… I zupełnie bez powodu. Jakby tego było mało, nasi siatkarze przegrali z Bułgarią. Teraz też ciśnie mi się na usta tylko jedno pytanie: Dlaczego? No właśnie. Co pomaga na smutek? Anime. Tak, ten cały chaotyczny opis moich dzisiejszych bolączek to był tylko wstęp do opisu anime w pigułce. A będzie to Steins;Gate. Proszę wybaczyć mi wszelkie błędy, nigdy nie pisałam czegoś podobnego. 
 Jak w tabletce, to w tabletce.

Co się stało? Gdzie się stało? Jak się stało?


      Akcja anime zaczyna się wtedy, gdy samozwańczy szalony naukowiec, Okabe Rintarou przychodzi na wykład (na którym nie był zbyt mile widziany) i widzi zamordowaną dziewczynę leżącą w kałuży krwi.  Jest wstrząśnięty i wysyła wiadomość do znajomego. Potem dzieje się ,,coś dziwnego”, a nikt nic nie wie o żadnym morderstwie, na domiar tego wykład wcale się nie odbył, a w budynek uderzył satelita. I to właśnie jest początek zmagań pewnego studenta z czasem i kilkoma kłopotliwymi przedstawicielkami płci pięknej.
Seria opowiada o członkach pewnego nietypowego zespołu badawczego, którzy przez przypadek wynaleźli urządzenie (składające się głownie z mikrofalówki…) , za którego pomocą mogą wysyłać emaile w przeszłość. Oczywiście zaczynają kombinować, eksperymentują, czasem używają maszyny by spełnić swoje własne pragnienia. Rzecz jasna, takie lekkomyślne działanie nie pozostaje bez echa i świat zaczyna się zmieniać. W dodatku młodymi odkrywcami zainteresowała się pewna niebezpieczna organizacja…
Akcja raz zwalnia, a raz przyśpiesza, niczym typowe wahadło w starym zegarze. Nie jestem pewna, czy to wada, czy zaleta, ale taka sinusoida nie przeszkadza w oglądaniu.

Kto to zrobił? Gdzie uciekł? Ilu miał wspólników?


      Czas przejść do elementu serii, który jest jej największym plusem i minusem jednocześnie, czyli do bohaterów. Anime było robione na podstawie Visual novel (eroge), więc nikogo nie powinien zdziwić układ haremowy – główny bohater otoczony wianuszkiem schematycznych dziewcząt (dziewcząt z drobnymi wyjątkami), zadziwiające jest jednak to, jak mało takie rozwiązanie razi i irytuje. Z pewnością przyczynił się do tego główny bohater, który jest najmocniejszą strona tego anime. Okabe Rintarou, tytułujący się szalonym naukowcem Kyoumą Houinem na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajnym świrusem. Nigdy nie zdejmuje kitla, zdradza objawy mani prześladowczej i gada natchnionym głosem niczym potłuczony prorok, prowadzi też laboratorium, które zajmuje się, krótko mówiąc, wynajdowaniem idiotyzmów, ogólnie, zachowuje się tak, jakby panom ze strzykawkami w Świeciu lub Tworkach zabrakło niebieskich tableteczek. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Tak naprawdę Okarin to normalny człowiek, który kryje się za tarczą szaleństwa, by łatwiej żyć i uciekać w łatwą wymówkę obłędu, gdy nie radzi sobie ze swoimi lub innych problemami.* Podczas tych 24 odcinków możemy go dość dobrze poznać, obserwujemy jego przemiany psychiczne, wzloty i upadki, bardzo łatwo jest zapałać do tej postaci sympatią. Dobrze przedstawiono też jego relacje z otoczeniem, głownie haremowymi dziewczynkami, o których też trzeba napisać słówko. Makise Kurisu, owa zamordowana i zmartwychwstała dziewczyna to rudowłosy, osiemnastoletni geniusz, niemal idealnie wpisuje się w schemat tsundere, ale to wcale nie przeszkadza w oglądaniu. To dowód, że można zrobić tsundere, która nie będzie denerwować widza i której naczelnym zajęciem nie jest pastwienie się nad głównym bohaterem.  Potem mamy Feyris, neko dziewczynkę z Maid Cafe, Mayuri, przyjaciółkę Okarina z dzieciństwa, która dla wielu może być najbardziej irytującą postacią, bujająca w chmurach, zagubiona i dziecinna, dalej Moeka – przewijające się w tle wcielenie Meru Otonashi z Sayonra, Zetsubou Sensei!**, słodka i wrażliwa Rukako ze świątyni, idealna żona, niestety, płci męskiej, oraz Suzuha Amane, dziewczyna z sąsiedztwa, początkujący żołnierz zakochany w telewizorach. Jest jeszcze  Hashida ,,Daru”  Itaru, haker otaku i przedni zboczeniec, wyjątek od wszechobecnej anoreksji, niestety, tylko potwierdzający regułę. 

Jak wyglądał? 


      Kreska jest dość zwyczajna, może tylko trochę wyłamuje się dość nietypowo narysowany główny bohater. Grafika wyróżnia się jednak, głownie ze względu na ciekawą kolorystykę, dominują kontrasty, biele, granaty i szarości. Aż dziwne, że taki prosty zabieg tak zmienił wygląd całego anime, zmienił na dobre. Animacja jest całkiem płynna, ale przyznajmy, anime nie obfituje w dynamiczne walki itp., więc raczej nie było gdzie sknocić animacji. Muzyka jest taka sobie – opening jest całkiem przyjemny i zapada w pamięć, ending trochę mniej, za to podczas trwania odcinków niewiele było do usłyszenia, idealny minimalizm dźwięku.

Podsumowanie
      Reasumując, Steins;Gate to bardzo dobre anime, nie jest czymś wybitnym, ale z pewnością wciąga i jest serią na poziomie. Bardzo spodobała mi się warstwa pseudonaukowa – naprawdę, czasem potrafiła zaskoczyć realizmem. Nie spodziewałam się, że zobaczę Wielki Zderzacz Hadronów w anime, cóż, życie jest pełne niespodzianek :) Główny bohater na plus, tak samo reszta haremu, nie porywa, ale i nie drażni. Oprawa audiowizualna jest w porządku. Można się jednak przyczepić zakończenia – niewiele jest bohaterów, którzy bardziej zasługują na happy end niż Okarin, ale tutaj to wszystko jest jakieś naciągane. Niby dość spójne z resztą fabuły, ale z zasadami tamtejszego świata nie. I cały dramatyzm rogaty bierze. Jeśli nie lubicie naciąganych ,,żyli długo i szczęśliwie”, odpuścicie sobie ostatnie dwa odcinki i uznajcie, że S;G kończy się na 22. Seria jak najbardziej godna polecenia, choć pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Spełniła wszystkie moje oczekiwania i udało jej się trafić w moje upodobania, dlatego, gdybym miała oceniać ją subiektywnie, dostałaby, jako jedno z niewielu anime, 10. Nie można jednak przymykać oka na wady i obiektywnie wygląda to tak:
Grafika: 8/10 czyli 4/5
Muzyka: 7/10 czyli 3,5/5
Bohaterowie: 9/10 czyli 4,5/5
Fabuła: 7/10 czyli 3,5/5
Ogólnie: 8/10 czyli 4/5

      I to już koniec, trochę się rozpisałam, następne opisy, jeśli w ogóle nastąpią, będą już naprawdę ,,w pigułce”. Niedługo wyjeżdżam nad morze, więc będzie przerwa w dodawaniu postów, ale to przecież nic nowego. Obrazki pochodzą z zerochana.

*Jedna z niewielu postaci, z którą naprawdę mogłam się identyfikować.
**Obie porozumiewały się ze światem głównie za pomocą emaili.

sobota, 28 lipca 2012

Lygrys - na pograniczu gatunków.


Pewnie czasem zdarzyło się Wam pomyśleć: ,,Ciekawe, jak wyglądałoby skrzyżowanie tygrysa z lwem.” Lub coś w tym tylu. Wbrew pozorom zobaczenie takiej krzyżówki nie jest niemożliwe, czasem zwierzęta dość blisko spokrewnione mogą się krzyżować w naturze, co daje ciekawe efekty. Jednym z najbardziej interesujących jest z pewnością wymieniona wcześniej, hybryda lwa i tygrysa – lygrys.


 Ojciec Natanek poznał już destrukcyjną moc lygrysa.

Jego matka jest tygrysicą, a ojciec lwem. Co z tego wynika? Ano to, że lygrys rośnie przez całe życie i jest największym kotem świata. Dlaczego tak się dzieje, przecież takie coś przeczy naturze! Cóż, są takie rzeczy, które się filozofom nie śniły. U tygrysów gen hamujący wzrost posiadają samce, natomiast u lwów jest odwrotnie i to lwice go posiadają, nasza krzyżóweczka nie posiada więc genu , który spowodowałby ograniczenie jego wzrostu. Można pomyśleć, że lygrys ma wiele wspólnego z sosenką, bo to rośliny są znane z tego, że rosną przez całe życie. Nasz lygrysek może ważyć pół tony i mierzyć trzy i pół metra! Nie chciałabym spotkać takiego olbrzyma w lesie za domem.


 No właśnie, dlaczego nikt wcześniej nie słyszał o lygrysach i nie spotkał ich w naturze? W warunkach naturalnych zasięg występowania lwów i zasięg występowania tygrysów rzadko się nakładają, więc te dwa wielkie koty technicznie nie mogły się spotkać, dlatego lygrysy rodzą się tylko w ogrodach zoologicznych, gdy dochodzi do połączenia wybiegów tych zwierząt. Wszystko wydaje się fajne i piękne, ot, cudowny zwierzaczek, ale w życiu niewiele rzeczy jest różowych i lygrys ma też ciemne strony. Nie przeżyłby na wolności, bo jest… zbyt duży. Jego pozornie największy atut staje się jego największą słabością. Nie może biec za jedzeniem jak tatuś lew ani podkradać się do zwierzyny jak mamusia tygrys, czyli umarłby z głodu. Dlaczego lygrys jest taki wyjątkowy, nie licząc jego ogromnej wielkości?  Przyjęło się, że krzyżówki są bezpłodne, ale samica lygrysa może urodzić potomstwo. Co prawda, samce są bezpłodne, czyli lygryski nie mogą rozmnażać się ze sobą, ale żeńska część ich ,,populacji” może mieć dzieci, choć nie będą to już lygrysy. Dziwne, prawda?

 A co Wy o tym sądzicie? Uważacie lygrysa za intrygujące stworzenie, czy za biedne zwierzę, które nie powinno mieć prawa do istnienia?  

Jak widać wróciłam do korzeni, czyli piszemy o zwierzętach i przyrodzie. Zawsze jednak lepiej pisać o tym niż o niczym , prawda? Dodałam nową ankietę, proszę o głosowanie :) 

Obrazki pochodzą ze stron:
memgenerator.pl
fundir.org

środa, 25 lipca 2012

Czasami warto słuchać starszych. Ryby.

Wiem, brutalnie i na długo porzuciłam bloga, ale naprawdę nie miałam żadnych pomysłów na notkę. To przez wakacje - brak szkoły naprawdę może szkodzić. Jakie to dziwne uczucie, gdy zdajemy sobie sprawę, że w szkole naprawdę można się dużo nauczyć i ciągle coś sie dzieje. Monotonia wakacyjnej egzystencji nie sprzyja twórczemu (i jakimkolwiek innemu) myśleniu. Można tylko chodzić na ryby...




Czasem naprawdę warto słuchać rodziców i starszych. Mówię to zupełnie poważnie. Kilka dni temu poszłam z dziadkiem łowić ryby nad rzeką. Wcześniej nie łowił dużo, więc cieszył się z każdej zdobyczy. Ja też trochę powędkowałam (i złamałam szczytówkę wędki) i złowiłam kilka płotek i krąpików, które prawdę mówiąc, były dość mizerne. Zapragnęłam zrobić z nich zupę rybną lub usmażyć je na patelni, dziadek jednak uważał, że są za małe i że to głupi pomysł, podobne zdanie miała mama, poznaliśmy je dzięki telefonom komórkowym, cudownym wytworze naszej cywilizacji. Oczywiście nie posłuchałam ich i zapakowałam przyszłą kolację do reklamówki, zapewniając, że sama je oskrobię i wypatrzę, mimo, że wcześniej tego nie robiłam. Wróciłam do domu, nie obyło się bez biadania, że takie rybki to można rzucić kotom, ale nawet ich chwilowo nie ma. W końcu mama zgodziła się je oporządzić, ale nie pozwoliła mi skrobać i patroszyć - bała się o kuchnię. Prawdę mówiąc, nawet się z tego ucieszyłam, bo perspektywa wyjmowania organów z rybiego brzucha niezbyt mi się podobała. Nie dość, że zwierzątka były małe, to mama jeszcze je przypaliła. i tak je zjadłam, całą szóstkę, ale to było straszne przeżycie. Naprawdę nie było na nich mięsa, same ości, do tego wszystko spalone, zupełnie niejadalne. Trzeba było posłuchać rodziców. Wczoraj usiłowałam złowić dużego leszcza, który nadawałby sie do jedzenia i zdobył by aprobatę otoczenia, jednak moje wysiłki spełzły na niczym. Ale już nigdy, nigdy, nie będę uparta w kwestii ryb i ich jedzenia. Czasami naprawdę warto posłuchać starszych. Przynajmniej mam nauczkę.


Z niecierpliwością wyglądam igrzysk olimpijskich i pokładam wielkie nadzieje w naszej drużynie siatkarskiej – oby po wygranej Lidze Światowej i memoriale szczęście ich nie opuściło.
Chciałabym móc pisać posty o tematyce m&a, ale nie ma odpowiednich odbiorców na moim blogu, a to dlatego, że nie ma tu takich postów. Błędne koło. Obrazki pochodzą z zerochan.


Pozdrowienia dla wszystkich, którzy tak jak ja są uparci i gniją w domu!

środa, 11 lipca 2012

Wszyscy jesteście klonami!

Jestem normalną i bardzo nudną osobą, w przeciwieństwie do większości z Was. Jeśli wierzyć temu, co piszemy na naszych blogach i w naszych prezentacjach na różnych stronach, 80% osób to ludzie dziwni, nienormalni, abberanci i odrzucani przez społeczeństwo. Ciekawe społeczeństwo, samo siebie odrzuca.


 Czy to typowe dla wieku dorastania, że ludzie na siłę starają się być wyjątkowi, inni, celebrują ta swoją rzekomą inność, zapisują swe głębokie jak łyżeczka do herbaty myśli na blogach i innych stronach, a tak naprawdę te ich wielkie odkrycia mają tyle sensu, co School Day's? Opisywanie śmierci, albo wręcz przeciwnie, chłodne białe dłonie, coś mnie ściga, och, jak ludzie mnie nie rozumieją?!
Czy to typowe, że zaczyna mnie to powoli denerwować? Czemu wszyscy są tacy sami?! Bóg chyba miał niewiele wyobraźni, strasznie niedopracowani ci ludzie. Dobra, wiem przecież, że to my sami o tym zadecydowaliśmy. 
Czy to typowe, że im bardziej staramy się być ciekawi i odciąć się od reszty nas, to wychodzi tak, jak wychodzi, czyli wcale?
Czy to typowe, że musicie dorastać tak powoli? Ech, chyba musimy.
Dobrze, kończę już. Jak widać, fragment mojej książki furory nie zrobił, właściwie to nawet się cieszę. Obrazek, rzecz jasna, z zerochan.

środa, 4 lipca 2012

Mistyfikacja fragment po fragmencie, kawałek po kawałku

Fragment opowieści, który obiecałam Wam w poprzednim poście. Daję go bez prologu, który wiele wyjaśnia, ale jest on jeszcze niedopracowany, więc na razie dobre i to.Znowu absurdalnie długi tytuł, pogratulować. Dlaczego mistyfikacja? Bo właśnie taki będzie tytuł tego zbioru liter. Zapraszam do czytania i krytykowania (potrzebuję rad).


Dwa lata temu nad lasem świeciło słońce, a ziemia była sucha jak kość. Świat wydawał się być zupełnie innym światem. Wśród drzew sterczały zrujnowane budynki, ogromne wieżowce z powybijanymi szybami i małe, jednopiętrowe domki, składające się na labirynt dawno opuszczonego miasta. Wieść niosła, że niedaleko była siedziba dowództwa, organizacji, jakkolwiek można było nazwać ich przełożonych. Z ust do ust, niesiona znikomym, gorącym wiatrem, szła mówiona szeptem wiadomość, powoli docierała do uszu każdego z członków jej oddziału. Wydawało się, że wszyscy czują, mają jakąś niezbadaną, podskórną pewność, że to nie jest zwykłe zadanie. Byli niebezpiecznie blisko wschodniego obszaru,  gdzie podobno mieściła się baza. Nikt nie wiedział, po co właściwie tu są, nikt oprócz niej. Była dowódcą tej małej grupy, która wymykiwała się mokrym objęciom ziemi już od półtora roku. Właśnie wtedy tutaj trafiła i chyba spodobała się komuś na górze, bo teraz to ona kierowała tą trzydziestką. Na początku było ich pięćdziesiąt. Dwadzieścia osób w dziesięć miesięcy! Nikt nie miał tak małych strat. Wiedziała, że to, że tyle osób ciągle żyje było bardziej jej zasługą, niż ich własną. Mówiono jej teraz pani porucznik. Nie wiedziała, dlaczego zdecydowano, że akurat stopnie wyróżnień będą odpowiadały tym, jakie obowiązywały w dawnym zawodowym wojsku w świecie sprzed lat,  skoro tyle uległo zmianie. Nie nazwałaby tego, w czym tkwiła nawet wojskiem, to było coś zupełnie innego.
Była spokojna. Tyle osób denerwowało się przed akcją, nawet jeśli była ona zupełnie infantylna, ale Airam nigdy nie czuła niepokoju i nie biegała zestresowana po namiocie lub podziemiach. W ogóle rzadko się emocjonowała, jakoś niewiele rzeczy potrafiło ją poruszyć. Wszystkie uczucia chyba poszły sobie gdzieś dawno i zamieszkały w duszy kogoś innego, może tej znerwicowanej dziewuszki, która zawsze wymiotowała przed wymarszem. Airam mało czuła, ale nauczyła się udawać, złość wychodziła jej nawet przekonująco. Złość znała bardzo dobrze, można by powiedzieć, że aż za bardzo. Czasem przychodził napad gniewu, niemal nie do opanowania. Zupełnie się wtedy zapominała, dostawała skądś nagle bardzo dużo siły, która gwałtownie chciała się wydostać. Istniało kilka rzeczy, które budziły w niej tą okrutną złość i wyrywały Airam  z emocjonalnej skorupy. Zawsze tak było, jeszcze w Szarim robiono jej wyrzuty z powodu nieokiełznanego temperamentu.  Ale teraz znajdowała się zupełnie gdzie indziej, w miejscu, które było ogromnie dalekie od jej rodzinnego miasta, zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Otaczały ją szkielety domów, sterczące w niebo. Przypomniały jej się lekcje pierwszej pomocy, które musiała zaliczyć po przybyciu tutaj, wystające żelazne sztaby wydały jej się nagle bardzo podobne do kości, które przebiły skórę podczas złamania otwartego. A chmury wyglądały jak gigantyczne kłęby gazy i bandaży, które opatrują urazy w potokach niebieskiego środka odkażającego. Wymysły idiotyczne, ale jakże przyjemne podczas powolnego, rytmicznego marszu w somnambulicznym tempie.