piątek, 21 grudnia 2012

W prezencie z okazji końca świata

W prezencie z okazji końca świata, który jeszcze nie nastał, a byłoby chociaż ciekawie. Już słyszę ten Wasz jęk rozpaczy :3 Ponad miesiąc nie torturowałam Was swoimi miernymi ,,wierszami”, więc koniecznie muszę nadrobić stracony czas, prawda, że jestem sadystką? Przynajmniej notka jest krótka i nie musicie nadwerężać sobie oczu, minimalizm górą. Mam takie pytanie - znacie może jakieś rdzennie polskie potrawy, które obcokrajowcom mogą się wydać dziwne? Tylko proszę nie wspominać o bigosie, mam go już po dziurki w uszach.

nie znajdzie końca sfery rogatej
z oczami jednakowej wielkości
coś zawsze będzie duńskim pytaniem
nie ma wątpliwości
nawet gdy nic bez koloru
wspomnienie jednak czegoś
poza granicą rozumowości
nie może, nie będzie, nie dla nas
jeśli nie ma czegoś
nie może być nic

wtorek, 18 grudnia 2012

Zasłyszane w szkole

Niniejszym informuję, że Ludożerca właśnie ruszył. Pierwsze notki pojawią się już niedługo. Serdecznie zapraszam!

Zasłyszane w szkole, a raczej w różnych szkołach, na przestrzeni dziejów, kilka opowiedzieli mi koledzy. Niektóre szkolne pozłacane myśli nadają się tylko do tego, by ładnie je oprawić i powiesić na ścianie, w ramach szerzenia radosnego stylu życia. A więc (nie zaczyna się zdania od ,,a więc") i ja muszę propagować radość i śmiech w naszym szarym świecie. Muszę Was jakoś pocieszyć, w końcu już za trzy dni koniec świata, ile anime zostało do obejrzenia, ile mang do przeczytania  ile owoców i niezdrowego jedzenia do spożycia, ile lekcji do przespania, ile sprawdzianów do napisania, ile wezwań do odpytywania, ile wywiadówek, ile kartkówek z niemieckiego (wszyscy, którzy nie kliknęli w ten link, niech żałują), ile egzaminów kwietniowych... Wiecie co? Dobrze, że ten durny świat już się kończy! Jeśli razem z końcem naszej planety ma nastać koniec szkolnictwa, to bardzo dobrze, wręcz wspaniale! Precz z polskim systemem edukacji!

P: Myślałam, że każdy normalny uczeń ma liniał w piórniku.
U: No to się pani myliła.
P: Nie, to uczniowie są nienormalni.

P: Zegar na wierzy…
U: Stanął.
P: Jak komuś stanął, to może wyjść.

U: Sposobem na sprawdzenie kulistości Ziemi jest opłynięcie wokół Stalina…

P: Czemu wgapiasz się w tablicę?!
U: Patrzę przez okno.

P: Niesamowite! Cały czas o tym myślą, cały czas o tym mówią, a kartkówki z rozmnażania nie zdało pół klasy!

Lekcja eliksirów z Shizuo i Izayą znaleziona na zerochanie. Nie pytajcie, dlaczego znajduję takie obrazki. Przecież nie znoszę paringu SizuoxIzaya.
 

niedziela, 16 grudnia 2012

Wąslozony

Z nastaniem zmroku swoje leże opuszczają wąslozony czterozębne. Swym wyglądem i działaniem przypominają wampiry z Ameryki Południowej, ale te dwa gatunki nie są ze sobą spokrewnione, ot konwergencja. Wąslozony nie żywią się krwią, ale sokami życiowymi roślin. Zamiast polować na ciepłokrwiste zwierzęta, siadają na drzewie, owijają się swoim długim ogonem wokół pnia lub gałęzi, jeśli to młode drzewko jest, a następnie dwoma zębami zdzierają płat kory, a pozostałymi dwoma dobierają się do pokarmu.

To zdecydowanie najbardziej zaawansowany graficznie rysunek, jaki pojawił się do tej pory. 

środa, 12 grudnia 2012

Hejt hejtowi nierówny

Wiecie co, powiem prosto z mostu - denerwuje mnie już ten zbiorowy hejt ,,Zmierzchu" i jego fanek, który zamiast powoli gasnąć, wciąż przybiera na sile. Z całym szacunkiem, ta seria może nie jest wybitna i arcygenialna, ale mimo wszystko to całkiem dobre książki, które nadają się do czytania i w swojej dziedzinie wywołały niemałą rewolucję. O ile obrazki, na których widnieje Lincoln, goniący z siekierą Edzia/Jaspera, czy przedstawiające Lighta Yagamiego z podpisem w rodzaju ,,Zmierzch. Death Note prosi o zwrot jabłka." są jeszcze zabawne, to bezpodstawne mieszanie sagi Twilight z błotem przez osoby, które nawet jej nie czytały/oglądały, wyprowadza mnie z równowagi. Hejt zmierzchomanek jest jeszcze gorszy. W końcu każdy ma prawo do własnych zainteresowań, nikt przecież nie kpi w podobny sposób z fanów romansów czy zjawisk paranormalnych, a właśnie te dwa gatunki łączy w sobie ,,Zmierzch". Znam wiele fanów serii o przygodach świecącego się Edzia i spółki, i żaden z nich nijak nie pasuje do stereotypowego wizerunku zmierzchomana. Można śmiać się z niezdarnej i niedomyślnej Belli, którą nie wiedzieć czemu pokochał Jedyny, Boski Edward, ale nie wolno zapominać, że ,,Zmierzch" przede wszystkim jest romansem, tylko przystosowanym do obecnych czasów, a takie bellopodobne bohaterki są właśnie znakiem rozpoznawczym tego gatunku. Mogło być gorzej, Ci, którzy oglądali Hiiro no Kakera wiedzą, o co chodzi. 

Żródło - http://demotywatory.pl/1898275/Zmierzch

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mysz Kontraatakuje

Długo mnie tu nie było, a już myślałam, że ominęła mnie klątwa niesystematyczności, to jedna z najdłuższych przerw w mojej krótkiej karierze blogowej. Cztery posty w miesiącu, brawa dla mnie.Wpadłam w piekło egzaminów, konkursów i sprawdzianów.Wiecie, jak wyglądało to pisanie? Proszę, oto relacja.
QB też się cieszy, że Was widzi, moje słodkie mahoł shojoł.

Było gorąco, gorąco! Szyby roztapiały się i szkło wolno spływało po parapetach, w całej klasie pachniało spalenizną. Na kartce tańczyły funkcje, a może to były układy równań? Wirowały w takim tempie, że nie sposób ich rozpoznać. Kolega w ławce przede mną był pochłonięty niezwykle zajmującą konwersacją ze ścianą. Była ona dogłębnie poruszona rozterkami natury moralnej mojego drogiego sąsiada, ta spowiedź wywarła na niej tak wielkie wrażenie, że aż zaczęła drżeć.
- Trzęsienie ziemi! – krzyknął ktoś i wszyscy zaczęli chować się pod ławki. To przecież tylko ta ściana, co za ludzie… Z rozpędu też wpadłam pod ławkę i właśnie leżałam na podłodze, przyciskając się do ohydnej i lepkiej podłogi, gdy dostrzegłam nieżywą muchę pod kaloryferem.
- Będziesz kwiczeć jak wieprzek! – zabzyczała mi cienkim głosikiem prosto do ucha.

Oczywiście to wszystko tylko moje majaki i omamy, pisanie przebiegało we wzorowym porządku, aż dziw, że młodzież w wieku gimnazjalnym było na to stać, jeszcze raz brawa dla mnie. Mogę Was pocieszyć, że mam zaplanowane posty aż do lutego (chóralny jęk rozpaczy czytelników, znowu trzeba będzie wchodzić, komentować i udawać, że to mi się podoba). Znowu będę epatować swoją osobowością w tym dzienniku pokładowym (tak, jestem dużym dzieckiem i oglądam pingwiny) i przy każdym poście będę zamieszczać jeden z moich ulubionych openingów i endingów, takie TOP 13, przy czym kolejność zamieszczania nie ma tu żadnego znaczenia. Na pierwszy ogień pójdą openingi.


Aquarion Evol opening 1 ,,Kimi no Shinwa ~ Aquarion Dai Ni Shou"

Udało mi się znaleźć tylko w takiej jakości, ale co tam. Seria właściwie przeciętna, ale można ją oglądać dla samej oprawy audiowizualnej (i jednej postaci, ale oczywiście, arcyinteligentni twórcy musieli zabić ją w połowie serii, paradoks Matta Jeevasa znowu działa), opening podoba mi się jak mało który, cały czas chodzę i śpiewam sobie pod nosem. Obejrzyjcie do końca, a zrozumiecie, ach ten refren... Zapomniałabym obrazek z QB z zerochan.net

niedziela, 18 listopada 2012

Stare podanie o jutrze

Post dość długi, ale przez pewien czas nie będę mogła wchodzić na bloggera, więc musi wystarczyć na dłuższy czas :3

     Lodowaty wiatr wył wśród śniegowych zasp, miała wrażenie, że przenikał ją na wylot, jakby gruby kożuch nie stanowił dla niego żadnej przeszkody. Nic nie widziała, ogromne płatki wirowały dosłownie wszędzie. Brnęła w zbitym śniegu, sięgał jej już do kolan, a z każdą chwilą było go coraz więcej. Mróz szczypał w twarz i zgrabiałe palce. Nie wiedziała, czy uda jej się znaleźć schronienie, tak bardzo chciała położyć się w zaspie i po prostu zasnąć… Uderzyła o coś twardego. To była ściana! I najwidoczniej była częścią jakiejś większej budowli, jak to zwykle ze ścianami bywa. Z ogromnym trudem odnalazła drzwi i zapukała w nie zziębniętą ręką, jednak mimo, że włożyła w to całą swoją siłę, dźwięk ledwie przebił się przez zawieruchę. Załomotała jeszcze raz, błagając, by ktoś wreszcie jej otworzył. Coś zachrobotało i drzwi ze skrzypieniem zaczęły się uchylać…


     Przycupnęła na białej ławie, przykrytej czerwonym materiałem. Wydawało by się, że we wnętrzu domów do których trafia się podczas zawieruchy zawsze panuje ciepło, jest ciemno, a na kominku obowiązkowo musi płonąć ogień. To było bardzo złudne przekonanie. Tutaj wszystko było chłodne, utrzymane w jasnych kolorach, od rozglądania się mogły przemarznąć oczy. Widać, że mieszkańcy tych terenów naprawdę lubili swoją długą zimę, tak bardzo, że zapraszali ją do domostw. Przed dziewczyną siedziała gospodyni – wyglądała dość młodo, ale ocalona przed zamarznięciem wiedziała, że jej wybawczyni jest bardzo wiekowa.
- Wie pani, czy długo jeszcze będzie padać? – cicho zapytał gość.
- Możliwe, że nawet do podziś. Czy mogłybyśmy zrezygnować z kresek dialogowych? Strasznie męczy mnie ich używanie. Rzadko z kimś rozmawiam.

czwartek, 15 listopada 2012

Czego uczy nas anime - wampiry


Jak wszyscy doskonale wiemy, anime może nas bardzo dużo nauczyć, na przykład, że szampan ze świeżo otwartej butelki zwykle leci po idealnej paraboli, której koniec wyznacza zazwyczaj głowa jakiejś ładnej dziewczyny*. Dziś jednak nie o ładnych dziewczęciach będzie mowa, ale o stworach przerażających i bestialskich (przynajmniej w teorii), a mianowicie o wampirach, i o wspaniałych pogromcach plugastw, czyli o łowcach wampirów. Wydawać by się mogło, że te umowne grupy pod żadnym pozorem nie mogą się przenikać, ale jak widać, zaskakująco często jest inaczej. W tym miejscu muszę ostrzec wszystkich czytelników, że w tym poście mogą znajdować się śladowe ilości spoilerów, a ja, jako Mistrz Spoilera mam zupełnie inną skalę spoilerów. Jeśli już jesteście ostrzeżeni, zaprezentuję kilka różnych zabójców wampirów, którzy są… wampirami. Brzmi dziwnie, ale jeśli wziąć pod uwagę, że niedawno ogromną popularność zdobyła seria, która opowiada o synu Szatana, który stara się zostać egzorcystą, wszystkie wampirze rewelacje zdają się blednąć.

sobota, 10 listopada 2012

Ważne ogłoszenie


Niektórzy z Was pamiętają zapewne, że miałam kiedyś drugiego bloga, który właściwie zginął zanim na dobrze zaczął żyć. Od pewnego czasu chodzi za mną pragnienie założenia kolejnego bloga, może nawet pod tym samym tytułem - ,,Ludożerca", ale w radykalnie innej formie. Tylko wiecie, jest taki mały problem... Nie chciałabym być jedyną osobą, która będzie tam pisać, bo to zwyczajnie za mało, zresztą mam swój Master Plan :) Szukam ludzi, którzy zechcieliby pisać na tym blogu, nie ważne ile mają lat, skąd są i czym się interesują. Każdy będzie mile widziany. Zaraz, zaraz, ale o czym właściwie będzie ten blog? To będzie zbiór różnych mhrroczności - zasłyszane od znajomych dziwne historie, różne wierzenia albo właśnie poznane urban legend, wszystko, co uważamy za niezwykłe, twórczość własna w tych klimatach, no i czasami pojawi się notka od kochanego ludożercy. Właśnie dlatego szukam osób, które zechciałyby wraz ze mną prowadzić taką stronę, choć wiem, że zapewne nie znajdę nikogo chętnego, ale przecież muszę chociaż spróbować. Nie potrafię za bardzo zadbać o szatę graficzną, ale od czego są szablony ze stron, wszystko jest do ustalenia. Tak, obrazek z zerochan.net

Pozdrawiam Was wszystkich! 


Gryzoń - Grafoman

sobota, 3 listopada 2012

Świetne maszyny z nieokreślonym do końca celem z wbudowaną funkcją samozagłady.

Niedawno cały świat miał okazję obserwować, jak Felix B. skacze ze stratosfery. Oczywiście, to wydarzenie na dobre zadomowiło się już w Krainie Zapomnienia, ale gdy jeszcze było na czasie, wiele osób zadawało sobie pytanie ,,Dlaczego on to robi?”. Takie samo pytanie mamy ochotę zadać himalaistom czy osobom objeżdżającym kraj na rowerze, ba, układaczom domina składającego się z dziesięciu milionów kostek. Dlaczego?



niedziela, 28 października 2012

Oktoryk, czyli myszowej zoologi ciąg dalszy!

Papciochy to niejedyne stworzenia, które zamieszkują naszą niezwykłą krainę. Czas na kolejny wyciąg z Encyklopedii Nudy Szkolnej!
W nizinnych lasach można natknąć się na pola oktorykowe. Duże połacie ziemi całe pokryte są tymi niewielkimi zwierzętami, oktorykami właśnie zwanymi.

Kolejny niezwykle zaawansowany rysunek made in paint.

Z pleców oktoryka wystaje kończyno-ogranna plecha korzeniopodobna. Stworzenia te za jej pomocą umiejscowione są w glebie, w pozycji horyzontalnej, z nogami sterczącymi ku niebu, kończyna ta umożliwia im też pobieranie substancji odżywczych z gleby. Ich brzuch pokryty jest gładką skórą, która wchłania wodę pochodzącą z deszczu, dlatego oktoryki występują na terenach bogatych w opady atmosferyczne. Zimą na ich brzuchach osadza się szron i lód, a one wysuwają swoje długie języki i zlizują powoli ten chłód, a przecie powinny w ten sposób obrzęku płuc dostać, nie wiadomo jednak, czy stwory te płuca posiadają. Z pewnością mają zaś bardzo czułe nosy okolone wibrysami, które ostrzegają je przed niebezpieczeństwem, bowiem oktoryki nie są agresywne i bronić za bardzo czym się nie mają, w obliczu zagrożenia więc zwijają się w kulkę, wystawiając twardą skórę pleców. Wyglądają wtedy jak pancerniki, które jakiś szubrawiec na kij nadział. Zaprawdę, oktoryki niezwykłe to zwierzęta, swym życiem osiadłym polip przypominające czy grzyb jaki, a zarazem takie różne od nich. 
Niestety, oktoryki nie stworzyły tak zaawansowanej cywilizacji jak Papciochy (nie są też pisane z dużej litery jak one, o!) i  nie posiadają równie barwnej historii, więc niewiele można o nich napisać i taka krótka notka musi wystarczyć. Chcecie poznać więcej takich stworów, czy może mam pisać o czymś innym? Proszę, głosujcie w ankiecie, a ja idę wydłubywać pestki z dyniowego miąższu.


czwartek, 25 października 2012

Ślimakoglon, czyli świat jest niepojety

Za każdym razem, gdy dochodzę do wniosku, że już nic, ale to nic nie jest w stanie mnie zadziwić, świat szybko wyprowadza mnie z błędu, ale chyba każdy tak ma. Są rzeczy dziwne i mniej dziwne, niecodzienne i bardziej niecodzienne, ale mięczak, który będzie tematem postu z pewnością znajduje się w ścisłej czołówce rankingu cudów i niemożliwości. Oto Elysia chlorotica - niestety, polskiej nazwy maluszek nie posiada, więc razem z kolegami nazywamy go slimakoglonem lub Elizką (bo Elyska dziwne brzmi).


To morski ślimak, który mieszka w Oceanie Atlantyckim. Wygląda jak... liść. I swoim sposobem odżywiania także przypomina liść. Panie i panowie, oto Elizka - zwierzę, które fotosyntetyzuje, naturalny genetyk! Ale jak to się dzieje? Gdy ślimaczek jest jeszcze młody, przez dwa tygodnie zajada się różnymi glonami, potem kradnie im chloroplasty i wplata we własne komórki. Teraz nie musi już nic jeść - wystarczy mu światło i woda. Szkoda, że my tak nie potrafimy, zniknąłby problem niedostatku żywności na świecie. Pewnie musielibyśmy opuścić tereny północne i południowe, gdzie nie ma dostatecznie dużo słońca, więc Polska byłaby krajem bezludnym, zresztą nie chciałabym zrezygnować z przyjemności jedzenia :)

wtorek, 23 października 2012

Gnij, złota jesienio!

Wiem, że ostatni post zamieściłam tydzień temu, wiem, że nie komentuję Waszych blogów. Tak szczerze, to do końca nie mam pojęcia, czemu tak jest, może zwyczajnie nie mam czasu? Zawsze denerwowali mnie bloggerzy, którzy są ,,zawaleni pracą" i nie mogą znaleźć chwili, by zajrzeć na bloggera, ale teraz ich rozumiem. Dziwne, prawda? Może to przez jesień? Chyba najbardziej dołująca w tej porze roku jest wszechobecna aura śmierci i rozkładu, najgorsze jest to, że dookoła wszelkie życie ginie lub zamiera, a my nie i musimy na to patrzeć. Czujemy nadchodzącą zimę, czujemy w samym szpiku kości. Liście gniją pod stopami, jednoroczne rośliny umierają, poranki spowija mgła i nadrzeczne opary, ptaki już dawno odleciały i zaczyna się czas Wielkiej Ciszy. Ale czy naprawdę tak jest? Czy może to tylko nasza nadinterpretacja? Traktujemy okres szykowania się do mrozów jak coś złego, przygnębiającego i pełnego śmierci. Nie bez powodu Wszystkich Świętych i podobne uroczystości obchodzone są w listopadzie i październiku, to tkwi wewnątrz nas, głęboko. Tymczasem to wszystko jest czymś zwyczajnym, naturalnym i koniecznym. Wiem, że to trudne, ale można spróbować cieszyć się z najbardziej melancholijnej pory roku, uśmiechać się, ślizgając po masie rozglabranych liści na chodniku, z radością witać mgłę, cieszyć się, gdy za oknem mroki nocy, a trzeba wstać do szkoły/pracy, cieszyć z wiecznie szarego nieba, cieszyć z tego, że ostatni raz widziało się słońce dziesięć dni temu. Czy to właśnie nie klucz? My nie potrafimy się z tego cieszyć, coraz więcej pracy, coraz mniej dnia, meteopatia, deszcz, liście, mgła, śmierć, zimno, wilgoć. Wszystko jedno. Znowu pokochać jesień - mission impossible? Nieważne, wystarczy spojrzeć na las. Obrazek, rzecz jasna, z zerochan.net  Aha, zapomniałam napisać, że się ,,poprawię".

wtorek, 16 października 2012

Dzieła sztuki w anime (inspiracje dziełami)

Nie chodzi tutaj, jak może sugerować tytuł, o jakieś perły animacji czy świetnie zaplanowane sceny, tylko o znane dzieła sztuki, które pojawiają się w różnych seriach. O dziwo, takie inspiracje zdarzają się dość często i  bywa, że dość trudno je wychwycić, ale nie zawsze, bo czasem aż włażą w oczy. Dobrze, nie będę przynudzać, oto kilka dość znanych nawiązań.

Nie wiem czemu, ale twórcy anime jakoś szczególnie upodobali sobie Klimta, i uznali, że jego obrazy świetnie nadają się do ilustrowania openingów. Oto kilka zestawień dzieł naszego Gustawa ze screenami z openingu Elfen Lied. Właściwie, każda scena to wersja anime jakiegoś jego obrazu.

http://kevo.dasaku.net/?p=959

środa, 10 października 2012

Papciochy i tyle

Co się dzieje, gdy mamy bardzo nudne okienko? Nic ciekawego, powstają nowe gatunki. Proszę, nie pytajcie, skąd wzięłam nazwę.


Papciochy to stworzenia, które żyją gdzieś, lecz dokładnie nie wiadomo jak. Wsławiły się założeniem Zakonu Papciochów, do którego należą bogobojni mnisi papciochowi, niestety, nie wiemy za wiele o ich spokojnym życiu, gdyż rzadko wpuszczają obcych do swoich  świętych przybytków. Słyną z niezwykle zaawansowanej sztuki ziołolecznictwa, ich lekarstwa opierają się zwykle na kozioduptrąbie, tajemniczym zielu, które można spotkać tylko na zboczach gór rosnących pod ich klasztorami, albowiem Papciochy budują swoje świątynie na stokach niezwykłych Gór Żywych  których roczny przyrost na długość wynosi około 2 metrów. 

Niezwykle zaawansowany graficznie rysunek poglądowy made in pajnt.
Papciochy tworzą ogromne, wręcz monumentalne witraże, największe z nich osiągają powierzchnię 1000 metrów kwadratowych! Bardzo powszechnym tematem w ich sztuce jest mitologia sumeryjska, na której w znacznej mierze opiera się ich religia, Papciochy bowiem to lud politeistyczny. Prawdopodobnie występują wyłącznie osobniki płci męskiej, bo, jako rzecze legenda, wszystkie ich kobiety wyginęły podczas wielkiego kataklizmu na wyspach Uta, gdzie zajmowały się rzekomo wypasem owiec, podczas gdy ich mężowie na wyspie Ren oddawali się modłom i innym praktykom religijnym. Jako że Papciochy to lud ascetyczny i długowieczny, to gatunek przetrwa jeszcze przez pewien czas, aczkolwiek kiedyś te istoty znikną zapewne z powierzchni Ziemi. Pozostaną po nich olbrzymie biblioteki, pełne rękopisów w alfabecie Nassca, i pamięć o ich dokonaniach.

niedziela, 7 października 2012

Burunduk - z czym to/go się, broń Boże, je?

Niedawno byłam w markecie w Bydgoszczy, hala, empik, zaliczone wszystkie punkty programu, jeszcze tylko sklep zoologiczny i półgodzinne wpatrywanie się w szczurki za szybą. Tymczasem koło szczurków coś, a raczej ktoś biegał. Całkiem spore, śliczne wiewiórkowate stworki w paski. ,,Burunduk" - przeczytałam, ale  nic mi to nie mówiło. Cóż to takiego, ten stworek?

Obrazek z wikipedii, wolnej encyklopedii.
Okazuje się, że to małe, ruchliwe zwierzątko naprawdę ma kuzynów wiewiórki. Pochodzi z Azji, jego widokiem mogą cieszyć oczy Rosjanie, a także nasi skośnoocy przyjaciele (Japończycy, Chińczycy, Koreańczycy). Ponoć został przesiedlony do europejskich parków, ale ja takiego pasiastego cudeńka na wolności nigdy nie widziałam, ale może Wam udało się go zobaczyć? Z tego, co piszą w Internecie wynika, że nasz wiewiór prowadzi dzienny tryb życia i jest bardzo aktywny, żywi się ziarnami, owocami, grzybami, jaszczurkami, warzywami, owadami - jest właściwie wszystkożerny, czyli to wręcz idealne zwierzę domowe. Burunduki porozumiewają się za pomocą ćwierkania, nasz własny, ptasi, naturalny budzik! W niewoli żyją prawie 10 lat, osiągają długość 25 cm (wraz z ogonem).


Oto filmik jakiegoś szczęśliwego posiadacza :)

Czy Wy też macie tak, że jak patrzycie na ten filmik, to macie ochotę pójść do parku/sklepu i poszukać tych maciupkich cudeniek z pięknymi, puszystymi kitami? Jakie to ciekawe zwierzęta mogą kryć się w marketowym zoologu. Teraz wychodzi to, że jestem biedną dziewczyną z małego miasteczka. Choć w sumie, gdy mówię o swoich myszoskoczkach, to też wiele osób nie wie, o jakie zwierzęta chodzi. 

Słyszeliście kiedyś o tym stworku? 
Spotkaliście go w parku?
A może jesteście bardzo, ale to bardzo szczęśliwymi posiadaczami domowego wiewióra?

wtorek, 2 października 2012

Zmartwychwstania w anime - gdy osikowy kołek nie pomaga

      Może zawierać (śladowe ilości) spoilery(ów). Prawda, że wybaczycie mi taką długość? Anime (lub manga), jak to anime, rządzi się swoimi prawami, a twórcy nie raz i nie dwa naginają granice prawdopodobieństwa. Kto nigdy nie spotkał się ze ,,wskrzeszeniem” jakiejś postaci? Taki zabieg czasem naprawdę zdrowo irytuje, ale zdarza się, że potrafi wywołać na naszej twarzy uśmiech pt. ,,a jednak!”. Wydaje mi się, że taki powrót z Krainy Wiecznych Łowów powinien mieć jakieś realne uzasadnienie, a tak, niestety, nie zawsze bywa. Oto kilka przykładów różnych powrotów z zaświatów:

No.6

Zobaczcie, ile mnie tam jest! Widzicie, jak ładnie przewracam im kartki, by nie nadwerężali rączek?

       Czasem takie zmartwychwstanie potrafi zepsuć całą serię, a naprawdę mało brakowało… Bywa, że po prostu nie powinno być szczęśliwego zakończenia, a przynajmniej nie bez ofiar. Anime tym się różni od zachodnich animacji, że bohaterowie zwykle umierają naprawdę, nikt nie stroni od krwi i mas trupów. Szkoda tylko, że ostatnio coraz częściej ma być poprawnie i wesoło, więc serie, takie jak ta, zostają zupełnie zniszczone powrotem zza Styksu, którego w ogóle nie powinno być.


sobota, 29 września 2012

Gdzież jesteś, ciekawa inwazjo?

U nas naprawdę nie ma czym się pochwalić. Floryda to ma fajnie - w nocy zewsząd wypełzają (wyskakują? wyczłapują?) stada ropuch Ag, a po lasach w najlepsze buszują niszczycielskie dziki, robiąc bardzo często użytek ze swych ryjów, zwłaszcza w przydomowych ogródkach. W Azji z domów wywala się takie śliczniutkie gekonki, jak można nie cieszyć się z wizyty małej, kolorowej jaszczurki toke, która zawisła na ścianie i patrzy na nas swoimi ślicznymi, wirującymi oczkami? Gdzieś w Ameryce na cichych i spokojnych przedmieściach grasują pumy, można poczuć prawdziwy dreszczyk emocji i  poczuć wzbierającą we krwi anderalinę, czy jak to się nazywa (Nowoczesna Bzdura I Tyle, jak to mawia najlepszy przyjaciel emo i mój, Kłapouchy).


Tak, zaczęłam słuchać Vocaloidów, ja, ich zadeklarowana przeciwniczka! Proszę, obejrzyjcie całą piosenkę - historyjkę. 

 A u nas co? Klęska i pustka. Kraj zupełnie wyprany z jakiejkolwiek egzotyki. Roje komarów rzucające się na wszystko, co tylko się rusza i ślimaki wyjadające pomstującemu dziadkowi kapustę nie wydają się zbyt ciekawe. Czemu nie możemy sobie połapać toksycznych ropuszek i nie narażamy się na pożarcie? Doprawdy, beznadziejny kraj. Co tam lisy, ja chcę ropusie!
A tak poważnie, to każde urozmaicenie bardzo szybko powszednieje i staje się zwyczajnym utrapieniem. Ciekawe, czy naprawdę podobałaby nam się inwazja dzików czy drapieżnych kotów. Na razie musimy zadowolić się mniejszym kalibrem, na przykład cudownymi ślimakami bez skorupy, które wredne dzieci z radością posypują solą (lubię te ślimcie, widziałam je nad morzem :D). Post bez większego sensu, ale kto powiedział, że zawsze musi on być?

Ciekawa inwazja pilnie potrzebna!

niedziela, 23 września 2012

Waka, czyli sylabowe dziwadła raz jeszcze.

     Nadszedł czas na zapowiedziany w notce o haiku post. Może ktoś z Was słyszał o waka? To kolejny gatunek japońskiej poezji, dawniej dzielił się na kilka rodzajów, ale wiele z nich utonęło w morzu dziejów i dzisiaj tym terminem określa się krótkie formy, które liczą zaledwie kilka zdań.


     Pierwotnie waka opowiadało  o miłości i mogło pełnić funkcję listów kochanków, a sam wiersz nie powinien mieć wersów i rymów, ale obecnie waka są różnotematyczne i składają się zwykle z pięciu wersów, pierwszy zawiera 5 sylab, drugi 7, kolejny 5, a dwa ostatnie po siedem sylab (5-7-5-7-7).

środa, 19 września 2012

Niesprawiedliwa szerokość geograficzna

Szaro, buro, ponuro i deszczowo. Słonce ostatni raz było widoczne trzy tygodnie temu. Cały świat wydaje się wyprany z kolorów i wszelkich pozytywnych emocji. Nagimi gałęziami porusza zimny i wilgotny wiatr, nawet on jest mokry, tak jak wszystko dookoła – nigdy nie schnąca trawa, gnijące opadłe liście i  omszałe dachy.  A teraz wyobraź sobie, że trzeba jeszcze odrobić lekcje, jutro test, a zaraz będzie już zupełnie ciemno…


Tak sobie czasem myślę, że wszystko przez tą niesprawiedliwą szerokość geograficzną. Polacy są uważani (głównie przez samych siebie) za bardzo zrzędliwy naród, zamieszkany przez ludzi, którzy zawsze, ale to zawsze znajdą powód do narzekania, nawet wtedy, gdy wygrają w totolotka (Pani, wie pani, ile tego VAT-u!? Toż dla mnie nic nie zostanie! Co to jest, pół miliona?!). Każdy zna chyba powiedzenia ,,Jeszcze się taki nie narodził, co by Polakom dogodził” i ,,Tak źle, tak niedobrze”. Ale ciężko być szczęśliwym i mieć dużo energii, gdy za oknem straszna pogoda, a dzień trwa ledwie kilka godzin. Mieszkańcy Polski są zdecydowanie yin :) Nie od dziś wiemy, że sporo zależy do słońca, osoby cierpiące na depresję leczy się naświetleniami, światło działa na nasz mózg pozytywnie i motywuje do działania. Tymczasem Polska jest krajem bardzo ubogim w słońce. Co prawda mamy upalne (zwykle) i promieniste lato, ale przez większość roku nasza kochana gwiazda skryta jest za chmurami lub pokazuje się tylko na chwilę, pod tym względem mamy naprawdę przekichane. Do tego ta strasznie długa, wpędzająca w melancholię/załamanie nerwowe jesień... Ciężko czerpać wtedy przyjemność z pracy i znaleźć energię do działania. Każdy niby o tym wie, ale nikt nie podchodzi do tego tematu na poważnie. Większość Polaków to meteopaci, dodajmy do tego beznadziejna pogodę... Ameryki może w tej notce nie odkrywam, ale tak mnie ta szkoła denerwuje, że musiałam poskarżyć się na świat. Może razem zaśpiewamy? ,,Słoneczko nasze rozchmurz buzię, bo nie do twarzy ci w tej chmurze..." 
Wszystko przez tą niesprawiedliwą szerokość geograficzną.
Obrazek z zerochan.net

niedziela, 16 września 2012

Podobieństwo, schemat, plagiat... część 2


  Może zawierać śladowe ilości spoilerów.

Tachibana Kanade

Oto druga część notki o podobnych postaciach z anime, moim zdaniem ciekawsza, ale i krótsza… Mam nadzieję, że zdobędzie więcej czytelników. Zauważyłam, że coraz mniej osób komentuje, czy ten blog naprawdę jest tak beznadziejny, a może nie podobają Wam się ostatnie posty? Proszę, piszcie. Tymczasem…

piątek, 14 września 2012

Kameleony, kameleony wszędzie.

Witam wszystkich, jak widać, posty o anime nie zdobywają za dużo czytelników (kto się deklarował, noo?!), jeszcze tylko tysiąc wejść i blog osiągnie niezwykłą granicę dwudziestu tysięcy wyświetleń. Gdyby jeszcze przekładało się to na komentarze... Proszę głosować w nowej ankiecie. Czy naprawdę możemy kogoś poznać w świecie sieci?




Tyle osób wyzywa na ten zuy Internet (Cóż się dziwić, na przykład weźmy słowo "komputer". Litery w tym słowie przyporządkujmy kolejnym liczbom alfabetu, a potem dodajmy je do sobie i pomnóżmy wynik przez 6. Co otrzymamy? Liczbę 666! Więc i Internet, i komputer, to narzędzia diabła.), a już zawieranie sieciowych znajomości bulwersuje niemal każdego. Można uznać, że przecież tak naprawdę naszych Internetowych znajomych poznajemy lepiej niż osoby w realnym świecie. Ciągle powtarzamy, że liczy się wnętrze, ale te słowa, jak to bywa z komunałami, dawno się już wytarły i nikt nie wciela ich w życie. Ponoć w sieci staje przed nami otworem umysł danej osoby, widzimy jej myśli, marzenia, opinie, zainteresowania... Idealny ratunek dla nieśmiałych, można być sobą, wszystko pięknie i cudownie, niczym nowe paznokcie w słit wzorki bloggerowych gwiazdeczek. Tylko pojawia się taki mały problem... W sieci też można kłamać, albo nie mówić całej prawdy. Nie wiemy, jak ktoś się zachowuje, tworzymy swoje wyidealizowane postacie, które składają się z samych naszych zalet, wady oczywiście, taktownie przemilczamy (rzecz jasna, oprócz tych, które mają dodawać nam realności i ,,uroku"). W Internecie możemy być sobą... i stworzyć siebie na nowo, siebie dla innych. Ale przecież coś takiego każdy z nas, w mniejszym lub większym stopniu robi w realu. Ciągle kogoś udajemy, nawet przed samymi sobą, może więc naszą naturą jest właśnie udawanie? Przystosowujemy się do sytuacji, do innych ludzi, tworzymy małe, drobne kłamstewka - może ludzie to po prostu kameleony? Wszystko się zmienia, to już chyba nieważne. A kameleony to naprawdę śliczne i bardzo sympatyczne zwierzątka. Obrazek z zerochan. A, jeśli ktoś doczytał do tego miejsca, to ślicznie proszę odtworzyć piosenkę i napisać, co o niej myślicie.

wtorek, 11 września 2012

Słówko o haiku - jesinne i nie tylko

     Za oknem jesień... Złota, polska jesień przeplatana  późną, melancholijną szarówką, ale niezaprzeczalnie jesień. Chyba zawsze o tej porze roku nachodzą mnie jakieś pseudouduchowione myśli i zaczynam pisać, o zgrozo, wiersze! Tym razem padło na haiku. To chyba wpływ szkoły, szukam jakiejś odskoczni od pracy i nauki, a może to po prostu jakiś dziwny czas, zupełnie inny klimat, niż w letnie wieczory, przesycone tajemniczą magią, ale efekt końcowy jest ten sam. A jak jest z Wami?
     
     Chyba każdy słyszał o haiku, krótkich, trzywersowych (pierwszy werset 5 sylab, drugi 7, trzeci 5) nierymowanych wierszach z Japonii. Poezja powinna być wolna i nie można jej zamykać w żadnych formach? Jakoś mi się to nie podoba, teraz wszyscy kierując się tą regułą złotej, szlacheckiej wolności zbierają kilka słów i przypisują im głębokie znaczenie, niczym twórcy Neon Genesis Evangelion. Haiku jest czymś bardziej wymagającym, skłania do prawdziwego, twórczego wysiłku. Cechy charakterystyczne haiku zmieniały się przez lata, ale obecnie przyjmuje się, że jego celem jest minimalizacja swojego ego i otworzenie się na piękno otaczającego nas świata. Przymiotnik, który najlepiej opisuje te krótkie wierszyki to ulotność.


      Jestem za mało subtelna, by udało mi się napisać coś wartego uwagi, dopiero zaczynam, zresztą nigdy nie grzeszyłam talentem w tym kierunku, często gubię się w gąszczu sylab i symboli, ale przecież gdzie mam prezentować te swoje minipoezje, jak nie tutaj, na blogu? Trzeba zebrać się na odwagę, oto kilka z nich:

niedziela, 9 września 2012

Podobieństwo, schemat, plagiat... część 1

Standardowe przeprosiny, że tak długo nie pisałam, to chyba zawsze tak działa, najpierw znikam na jakiś czas, potem pojawiam się znowu i intensywnie bloguję z nowym entuzjazmem, ale tym razem tak nie jest... Przyznam szczerze, że zaczęłam rozważać usunięcie bloga. Jakoś nie mam motywacji, wypalam się z energii. Tymczasem dzisiejszy post, ze względu na jego długość, będzie podzielony na dwie części, od razy mówię, że druga będzie ciekawsza, bo to tutaj momentami staje się jednym wielkim masłem maślanym...
Każdy, kto zdradza jakiekolwiek zainteresowanie mangą i anime w pewnym momencie dostrzega, że coś jest z tymi postaciami nie tak. Zlewają się w jedno, zachowują lub wyglądają dokładnie tak samo. Oczywiście, można powiedzieć, że coś takiego występuje też w innych dziedzinach, na przykład większość głównych bohaterek pseudozmierzchowych książek jest niema identyczna, ale trzeba przyznać, że w przypadku m&a bardziej rzuca się to w oczy. Przyznajmy otwarcie - cały czas oglądamy te same osoby, nawet nie staramy się tego nie zauważać i nazywamy poszczególne schematy, typy, rodzaje. Niekiedy jednak podobieństwo zaczyna być naprawdę uderzające...

Schemat

To najczęstszy przypadek, postacie nie są podobne bezpośrednio do siebie, tylko robione według jednego, określonego schematu, zachowują się tak, a tak, bo tego wymaga szeroko rozumiana fabuła. Nie oszukujmy się, w społeczeństwie każdy ma swoją rolę, zawód. Tsundere, moe, ciapowata główna bohaterka shoujo... Zwykle to jeden wieli przypadek, choć czasem trudno w to uwierzyć...
Przykłady:

czwartek, 6 września 2012

Ludzie są jak ziemniaki...


Niepojęte, jak łatwo można zabić czas i znaleźć inspirację. Podczas przerwy koleżanka powiedziała mi: ,,Ludzie są jak ziemniaki... Tylko jeszcze nie wiem dlaczego". W tym momencie zadzwonił dzwonek. Zgoda, brzmi głupio, ale całą lekcję się nad tym zastanawiałam i tak oto narodziły się owe pozłacane myśli:

Ludzie są jak ziemniaki - nie zobaczysz, jacy są naprawdę, jeśli nie zedrzesz z nich skóry.
Ludzie są jak ziemniaki - siedzą głęboko w ziemi, w ciemności, ale uważają, że wiedzą wszystko o świecie.
Ludzie są jak ziemniaki - siedzą ściśnięte i połączone wspólnym losem, jednak to nie przeszkadza im kopać pod sobą dołków i kraść soków życiowych.
Ludzie są jak ziemniaki - surowy każdemu wyda się brzydki.
Ludzie są jak ziemniaki - brudni, ciemni, ale niezbędni.
Ludzie są jak ziemniaki - potrafią zakiełkować nawet w najmniej odpowiednich warunkach.
Ludzie są jak ziemniaki - kiełkując, zawsze podświadomie dążą do światła.
Ludzie są jak ziemniaki - buraki już się nam znudziły.
Ludzie są jak ziemniaki - przybywają z daleka, ale po pewnym czasie wszyscy są już przekonani, że byli tu zawsze.

Sama się dziwię, że w ogóle piszę tu o szkole i tym podobnych, to chyba przez moją wczesnoszkolną depresję. Och, chyba ta mantra będzie śniła mi się po nocach, wklepywanie tego potrafi dać w kość :) Wielkie dzięki koleżance, szkoda, że jest tak niewiele osób, z którymi można porozmawiać i które potrafią słuchać. Tak wróciłam, i będę pisać regularnie, tym razem na pewno - mam sporo pomysłów. Obrazek z zerochan, na nim jest link.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Istniejemy tylko w tym długim/krótkim momencie.

Obrazek z zerochan.
Coś z czegoś.
Cudownie być idealnie wpasowanym w otaczający nas świat. Nawet nasze rzekome błędy są zgodne z jakimś tam wyższym prawem. Tak ciężko uwierzyć, że ta sama ręka, w której dzisiaj dzierżę myszkę komputerową, była kiedyś łapą, skrzydłem, płetwą praryby, nibynóżką mikroskopijnej ameby, od której wszystko się zaczęło. Czy wiesz, że kiedyś, dalej niż sięga pamięć, byłeś małym, owadożernym zwierzątkiem, które przycupnęło na kamieniu milowym? Oczywiście.
Nic nie wiadomo, ale jedno jest niemal pewne - Bóg ma ogromne poczucie humoru. Bo on jest. Stworzyć nas takimi w takim świecie, w którym wszystko, gdzie tylko by nie spojrzeć, gdzie się nie udać, staje się niepojęte i przerasta nasze skromne zdolności pojmowania. Przeszłość, tak trudna do przetworzenia, gdy nic nie było tym, czym jest teraz, przyszłość, której nie można zobaczyć. Tylko, czy gdyby to było możliwe, mielibyśmy na to odwagę? Bo przyszłość nie należy już do nas, w kolejne tysiąclecia i millenia nie będziemy wkraczać już my, przecież nie ma końca, nie może być tak szybko. Dotrzemy do tych niewiadomych, przejdziemy granicę, pierwszą, drugą, siódmą, ale to wtedy nie będziemy już my, będzieMY? Gwałtowny ruch oczami podczas snu, spojrzenie w bok, zbyt małe, by to zrozumieć, w lewo, zbyt wielkie, by pojąć. Kiedyś się uda, ale chyba już nie nam... Dla nas to raczej bez znaczenia. Idealne wpasowanie. Pamiętaj, czasem zdarza się nawet czarne babie lato.
Źle się czuje to pisząc, ale co tam. Przecież nie mogę zrobić nic takiego, czego nie wolno mi zrobić. Bo jesteśmy częścią wszystkiego. Jak wszystko.

piątek, 17 sierpnia 2012

Czy masz świadomość?




 Zastanawialiście się kiedyś, czy inni ludzie w ogóle istnieją? Nie fizycznie, ale czy mają świadomość, czy myślą. Nigdy nie będzie się tego pewnym. Kiedyś zastanawiałam się nad tym całe dnie, nie przejmowałam się innymi, bo nie miałam żadnej gwarancji, że oni w ogóle istnieją. Czy mogę wierzyć, gdy przyjaciółka zapewnia mnie, że ma świadomość, że jest? Nie mogę. I nigdy nie będę mogła, bo nie ma sposobu, by to sprawdzić. Musiałoby się nie istnieć? W ogóle nie ma w tym zakresie nic pewnego, może to wszystko zwid? A jeśli nie, to nigdy się tego nie dowiesz. Nawet po śmierci.Takie coś już chyba było i nazywało się solipsyzmem. A może nie?

Post zaległy, ale wreszcie krótki. Mała prośba - jeśli wiecie cokolwiek o ręcznych karabinach maszynowych i ich zastosowaniu w praktyce, ile ważą, jak się ładuje itp., to proszę, piszcie. Nawet najbardziej banalne lub drobiazgowe rzeczy! Potrzebuję do opowiadania...Obrazek z zerochan.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Kakurenbo w pigułce - mroczna uczta dla zmysłów.

     Gdzieś daleko jest szary labirynt wielkiego miasta, w którym dzieci grają w pewną niebezpieczną grę. Jeśli podążysz za neonami układającymi się w napis „o­‑to­‑ko­‑yo”, dotrzesz na plac, a gdy zbierze się na nim siódemka dzieci, które noszą lisie maski, rozpocznie się gra. Gra w chowanego. Ale nie tylko wy będziecie krążyć po ciemnych zaułkach tajemniczej dzielnicy. Tylko pamiętajcie… Tych, którzy bawią się w chowanego na miejskich ulicach, porywają demony. 


      Po tym mrocznym wstępie można wreszcie przejść do sedna sprawy – dziś krótko opiszę Kakurenbo – zaledwie 25 minutowy film powstały w wyniku współpracy kilku studio. Jest to pomieszanie japońskiego folkloru i współczesnej, urbanistycznej ,,codzienności”, w bardzo ciemnej tonacji.
Fabuła jest bardzo prosta, jak można było zresztą się spodziewać. Jesteśmy świadkami gry, możemy obserwować zmagania ósemki bohaterów. Ósemki? Tak, ta gra jest dość nietypowa – tym razem uczestniczy w niej jedno nadprogramowe dziecko. Ale co z tego wyniknie? Charaktery postaci są nakreślone kilkoma grubymi kreskami, poznajemy ich głownie przez pryzmat  zachowań podczas gry. Każdy ma swoją własną motywację – nie podejmuje się przecież takiego ryzyka bez najmniejszego powodu. Choć czasem właśnie to ryzyko jest głównym celem.  Warto zwrócić też uwagę na to, że nikt  nie zna dokładnie zasad gry w otokowo i finał rozgrywki może okazać się… zaskakujący. 


       Prawdziwym atutem produkcji i jej główna siłą oddziałowywania jest oprawa audiowizualna. Grafika jest naprawdę mroczna, dominują cienie, mgły i światła neonów. Zwłaszcza te ostatnie sprawiają upiorne wrażenie. Nie mamy skupiać się na skomplikowanej fabule (której zresztą nie ma), tylko chłonąć niesamowity klimat, wsłuchiwać się w skrzyp metalowych konstrukcji i szum wiatru, który śpiewa w stalowych szczeblach, podskakiwać przy każdym najdrobniejszym szmerze i podziwiać szczegóły wymarłej dzielnicy. Maski, które noszą uczestnicy zabawy spisują się w swojej roli naprawdę znakomicie – aż zadziwiające jest, jak dobrze pozornie nieruchoma, sztuczna twarz jest w stanie oddać uczucia osoby, która ją nosi. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale trzeba obejrzeć, żeby zrozumieć, o co mi chodzi. Używanie grafiki komputerowej o dziwo, naprawdę nie razi.
      Kakurenbo to horror, a zadaniem horroru jest przerażać – o tym wie każde dziecko, nie jestem jednak zdania, że ten film wzbudzi w nas przerażenie – niektórym może wydać się idiotyczny, innym dziecinny, ale jeśli dla kogoś liczy się głownie klimat, lubi uczucie ścigania i urban fantasy to właśnie coś dla niego.
W skrócie:
Grafika: 10/10 czyli 5/5
Muzyka: 8/10 czyli 4/5
Bohaterowie: 6/10 czyli 3/5
Fabuła: 7/10 czyli 3,5/5
Ogólnie: 8/10 czyli 4/5

     Mam nadzieję, że dzisiejsza notka z serii ,,Anime w pigułce” była krótsza od poprzedniej i Kakurenbo zostało naprawdę skompresowane i władowane do tabletki. Przepraszam, jeśli coś pokręciłam itp. - nigdy wcześniej nie pisałam niczego w tym rodzaju. Kakurenbo to dość niszowa produkcja, ale miło by było, gdyby zdobyła więcej fanów... lub przeciwników.

Źródło obrazka:
 http://www.taringa.net/comunidades/mundoanime/5742712/Kakurenbo.html

piątek, 10 sierpnia 2012

Odwieczny szpagat - między przesądem, zabobonem, gusłem i prawdą.

Obrazki pochodzą z zerochan.

Wreszcie wróciłam, po bardzo ciężkiej drodze powrotnej, która obfitowała w atrakcje. Najpierw zwiedzaliśmy latarnię, potem przejechaliśmy ślicznego, szarego kotka, a na końcu musieliśmy zatrzymać się na rynku w mieście Mrocza, bo to rodzinne miasto naszego złotego medalisty, Adriana Zielińskiego, który właśnie wraca z igrzysk i będzie przejeżdżał przez pseudorondo. Oczywiście wysiedliśmy z samochodu i robiliśmy zdjęcia, najpierw przejechało pięćdzisiąt motorów, a potem on w cadillacu. Machaliśmy do nich, a oni pomachali nam :3 Ale nie o tym dzisiaj będzie mowa...


 Przed testem zawsze musi dotknąć swojego lewego ucha, a lewy but musi być związany słabiej niż prawy, inaczej będzie zgubiona i na pewno sprawdzian źle jej pójdzie.  Zawsze, nim dźwignie sztangę, musi kilka razy dotknąć swoich łokci, inaczej na pewno coś się stanie i nie osiągnie takiego wyniku, o jakim marzył. Jeśli spojrzysz w studnię, gdy będziesz w ciąży, to urodzisz zezowate dziecko.


 Znacie to? Oczywiście. Każdy słyszał jakieś wioskowe/miejskie przesądy, ale nikt nie przywiązuje do nich wielkiej wagi. Czy naprawdę? Może nie plujemy przez lewe ramię, gdy widzimy czarnego kota i nie żegnamy się, gdy przeleci nad nami nietoperz, ale mamy swoje własne małe zabobony. Kto z Was nigdy nie miał przedmiotu, który ,,przynosił szczęście”? Kto nigdy nie miał drobnego zwyczaju, który rzekomo zapewniał mu powodzenie w określonej sprawie? Nie używał długopisu w zielonej oprawce tylko na kartkówkach z angielskiego, a w czarnej tylko z polskiego? Podczas meczów naszej reprezentacji siatkarskiej na igrzyskach pilnowałam, by tata miał nogi wyjęte z laczków. Idiotyzm? Zapewne, ale jaki komfort psychiczny daje. To chyba właśnie sedno sprawy – nie tyle wierzymy, że gdy napiszemy niewłaściwym długopisem sprawdzian, to dostaniemy złą ocenę, ale szukamy podpory, pewności psychicznej, czegoś, czego można się uczepić i co zapewni nam spokój umysłu. To właśnie zadanie ,,przesądów” i ekscentrycznych zwyczajów dwudziestego pierwszego wieku. Dawniej ludzie za pomocą zabobonów i guseł okiełznywali lęk przed tajemniczym, wrogim i nieznanym.  Przesąd to coś, co w wygodny sposób pozwala nam tłumaczyć nieodgadnione rzeczy i jest czymś, schematem, do którego można się przyczepić w szalejącym morzu świata. A potrzeba stałości i przewidywalności nie odejdzie w dal, więc zawsze tego rodzaju rzeczy będą obecne w naszym życiu. Oczywiście, mimo coraz większej technologizacji, wiara w czary, magię, diabły i wioskowe mądrości trzyma się świetnie. W moim małym mieście niedawno szerzyła się wieść, że nieumyte jajka dłużej zachowują świeżość. 

- Aż ręce opadają. – powiedziała o tym moja była nauczycielka – Naprawdę, ludzie nie wracają do średniowiecza, tylko cały czas tam tkwią. 


I ciężko nie przyznać jej racji.  Ciężko też nie czuć przyjemnego dreszczyku , słuchając o grasującym dziwnym stworze na obrzeżach miasta, który pożera kury, i o soli, którą ponoć trzeba sypać na progu, by do domu nie wszedł duch zmarłego.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Sprawy ważkie i bieżące niczym woda, kosmiczne myszy.

 Krótki komunikat. Nie będzie mnie tu przez tydzień, takie usprawiedliwienie, wiem, że zwykle potrafię nie pisać dłużej, ale jak ma być porządek, to ma być i wszystkie przerwy muszą być uzasadnione. Wyjeżdżam na wakacje, nad morze. Mam nadzieję, że jakoś to przeżyję, będzie ciężko, trzeba będzie wyjść na plażę w kostiumie.
Zobaczcie na te dziwne stworzenia! Bloggif i jego funkcja przerabiania zdjęć pomógł mi uświadomić sobie, jakie to dziwne i przerażające myszoskoczki rodem z Obłoku Oorta mieszkają w moim domu.


Do bliskiego zobaczenia! 

wtorek, 31 lipca 2012

Steins;Gate w pigułce

     Są takie dni, które po prostu są beznadzieje, a wszystko dookoła dołuje. W nocy nie mogłam spać, potem po raz pierwszy ugryzł mnie myszoskoczek, ma na imię Kropka, jak zwykle biegała po moich nogach, wzięłam ją na ręce, a ona wbiła zęby w mój palec, mocno i głęboko, nie mogłam jej odczepić, wisiała mi na biednym paluszku. Oczywiście potem trzeba było jeszcze ścierać krople krwi z podłogi. Dlaczego ona to zrobiła? Inne myszy chyba by tego nigdy nie zrobiły, a ona… I zupełnie bez powodu. Jakby tego było mało, nasi siatkarze przegrali z Bułgarią. Teraz też ciśnie mi się na usta tylko jedno pytanie: Dlaczego? No właśnie. Co pomaga na smutek? Anime. Tak, ten cały chaotyczny opis moich dzisiejszych bolączek to był tylko wstęp do opisu anime w pigułce. A będzie to Steins;Gate. Proszę wybaczyć mi wszelkie błędy, nigdy nie pisałam czegoś podobnego. 
 Jak w tabletce, to w tabletce.

Co się stało? Gdzie się stało? Jak się stało?


      Akcja anime zaczyna się wtedy, gdy samozwańczy szalony naukowiec, Okabe Rintarou przychodzi na wykład (na którym nie był zbyt mile widziany) i widzi zamordowaną dziewczynę leżącą w kałuży krwi.  Jest wstrząśnięty i wysyła wiadomość do znajomego. Potem dzieje się ,,coś dziwnego”, a nikt nic nie wie o żadnym morderstwie, na domiar tego wykład wcale się nie odbył, a w budynek uderzył satelita. I to właśnie jest początek zmagań pewnego studenta z czasem i kilkoma kłopotliwymi przedstawicielkami płci pięknej.
Seria opowiada o członkach pewnego nietypowego zespołu badawczego, którzy przez przypadek wynaleźli urządzenie (składające się głownie z mikrofalówki…) , za którego pomocą mogą wysyłać emaile w przeszłość. Oczywiście zaczynają kombinować, eksperymentują, czasem używają maszyny by spełnić swoje własne pragnienia. Rzecz jasna, takie lekkomyślne działanie nie pozostaje bez echa i świat zaczyna się zmieniać. W dodatku młodymi odkrywcami zainteresowała się pewna niebezpieczna organizacja…
Akcja raz zwalnia, a raz przyśpiesza, niczym typowe wahadło w starym zegarze. Nie jestem pewna, czy to wada, czy zaleta, ale taka sinusoida nie przeszkadza w oglądaniu.

Kto to zrobił? Gdzie uciekł? Ilu miał wspólników?


      Czas przejść do elementu serii, który jest jej największym plusem i minusem jednocześnie, czyli do bohaterów. Anime było robione na podstawie Visual novel (eroge), więc nikogo nie powinien zdziwić układ haremowy – główny bohater otoczony wianuszkiem schematycznych dziewcząt (dziewcząt z drobnymi wyjątkami), zadziwiające jest jednak to, jak mało takie rozwiązanie razi i irytuje. Z pewnością przyczynił się do tego główny bohater, który jest najmocniejszą strona tego anime. Okabe Rintarou, tytułujący się szalonym naukowcem Kyoumą Houinem na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajnym świrusem. Nigdy nie zdejmuje kitla, zdradza objawy mani prześladowczej i gada natchnionym głosem niczym potłuczony prorok, prowadzi też laboratorium, które zajmuje się, krótko mówiąc, wynajdowaniem idiotyzmów, ogólnie, zachowuje się tak, jakby panom ze strzykawkami w Świeciu lub Tworkach zabrakło niebieskich tableteczek. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Tak naprawdę Okarin to normalny człowiek, który kryje się za tarczą szaleństwa, by łatwiej żyć i uciekać w łatwą wymówkę obłędu, gdy nie radzi sobie ze swoimi lub innych problemami.* Podczas tych 24 odcinków możemy go dość dobrze poznać, obserwujemy jego przemiany psychiczne, wzloty i upadki, bardzo łatwo jest zapałać do tej postaci sympatią. Dobrze przedstawiono też jego relacje z otoczeniem, głownie haremowymi dziewczynkami, o których też trzeba napisać słówko. Makise Kurisu, owa zamordowana i zmartwychwstała dziewczyna to rudowłosy, osiemnastoletni geniusz, niemal idealnie wpisuje się w schemat tsundere, ale to wcale nie przeszkadza w oglądaniu. To dowód, że można zrobić tsundere, która nie będzie denerwować widza i której naczelnym zajęciem nie jest pastwienie się nad głównym bohaterem.  Potem mamy Feyris, neko dziewczynkę z Maid Cafe, Mayuri, przyjaciółkę Okarina z dzieciństwa, która dla wielu może być najbardziej irytującą postacią, bujająca w chmurach, zagubiona i dziecinna, dalej Moeka – przewijające się w tle wcielenie Meru Otonashi z Sayonra, Zetsubou Sensei!**, słodka i wrażliwa Rukako ze świątyni, idealna żona, niestety, płci męskiej, oraz Suzuha Amane, dziewczyna z sąsiedztwa, początkujący żołnierz zakochany w telewizorach. Jest jeszcze  Hashida ,,Daru”  Itaru, haker otaku i przedni zboczeniec, wyjątek od wszechobecnej anoreksji, niestety, tylko potwierdzający regułę. 

Jak wyglądał? 


      Kreska jest dość zwyczajna, może tylko trochę wyłamuje się dość nietypowo narysowany główny bohater. Grafika wyróżnia się jednak, głownie ze względu na ciekawą kolorystykę, dominują kontrasty, biele, granaty i szarości. Aż dziwne, że taki prosty zabieg tak zmienił wygląd całego anime, zmienił na dobre. Animacja jest całkiem płynna, ale przyznajmy, anime nie obfituje w dynamiczne walki itp., więc raczej nie było gdzie sknocić animacji. Muzyka jest taka sobie – opening jest całkiem przyjemny i zapada w pamięć, ending trochę mniej, za to podczas trwania odcinków niewiele było do usłyszenia, idealny minimalizm dźwięku.

Podsumowanie
      Reasumując, Steins;Gate to bardzo dobre anime, nie jest czymś wybitnym, ale z pewnością wciąga i jest serią na poziomie. Bardzo spodobała mi się warstwa pseudonaukowa – naprawdę, czasem potrafiła zaskoczyć realizmem. Nie spodziewałam się, że zobaczę Wielki Zderzacz Hadronów w anime, cóż, życie jest pełne niespodzianek :) Główny bohater na plus, tak samo reszta haremu, nie porywa, ale i nie drażni. Oprawa audiowizualna jest w porządku. Można się jednak przyczepić zakończenia – niewiele jest bohaterów, którzy bardziej zasługują na happy end niż Okarin, ale tutaj to wszystko jest jakieś naciągane. Niby dość spójne z resztą fabuły, ale z zasadami tamtejszego świata nie. I cały dramatyzm rogaty bierze. Jeśli nie lubicie naciąganych ,,żyli długo i szczęśliwie”, odpuścicie sobie ostatnie dwa odcinki i uznajcie, że S;G kończy się na 22. Seria jak najbardziej godna polecenia, choć pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Spełniła wszystkie moje oczekiwania i udało jej się trafić w moje upodobania, dlatego, gdybym miała oceniać ją subiektywnie, dostałaby, jako jedno z niewielu anime, 10. Nie można jednak przymykać oka na wady i obiektywnie wygląda to tak:
Grafika: 8/10 czyli 4/5
Muzyka: 7/10 czyli 3,5/5
Bohaterowie: 9/10 czyli 4,5/5
Fabuła: 7/10 czyli 3,5/5
Ogólnie: 8/10 czyli 4/5

      I to już koniec, trochę się rozpisałam, następne opisy, jeśli w ogóle nastąpią, będą już naprawdę ,,w pigułce”. Niedługo wyjeżdżam nad morze, więc będzie przerwa w dodawaniu postów, ale to przecież nic nowego. Obrazki pochodzą z zerochana.

*Jedna z niewielu postaci, z którą naprawdę mogłam się identyfikować.
**Obie porozumiewały się ze światem głównie za pomocą emaili.

sobota, 28 lipca 2012

Lygrys - na pograniczu gatunków.


Pewnie czasem zdarzyło się Wam pomyśleć: ,,Ciekawe, jak wyglądałoby skrzyżowanie tygrysa z lwem.” Lub coś w tym tylu. Wbrew pozorom zobaczenie takiej krzyżówki nie jest niemożliwe, czasem zwierzęta dość blisko spokrewnione mogą się krzyżować w naturze, co daje ciekawe efekty. Jednym z najbardziej interesujących jest z pewnością wymieniona wcześniej, hybryda lwa i tygrysa – lygrys.


 Ojciec Natanek poznał już destrukcyjną moc lygrysa.

Jego matka jest tygrysicą, a ojciec lwem. Co z tego wynika? Ano to, że lygrys rośnie przez całe życie i jest największym kotem świata. Dlaczego tak się dzieje, przecież takie coś przeczy naturze! Cóż, są takie rzeczy, które się filozofom nie śniły. U tygrysów gen hamujący wzrost posiadają samce, natomiast u lwów jest odwrotnie i to lwice go posiadają, nasza krzyżóweczka nie posiada więc genu , który spowodowałby ograniczenie jego wzrostu. Można pomyśleć, że lygrys ma wiele wspólnego z sosenką, bo to rośliny są znane z tego, że rosną przez całe życie. Nasz lygrysek może ważyć pół tony i mierzyć trzy i pół metra! Nie chciałabym spotkać takiego olbrzyma w lesie za domem.


 No właśnie, dlaczego nikt wcześniej nie słyszał o lygrysach i nie spotkał ich w naturze? W warunkach naturalnych zasięg występowania lwów i zasięg występowania tygrysów rzadko się nakładają, więc te dwa wielkie koty technicznie nie mogły się spotkać, dlatego lygrysy rodzą się tylko w ogrodach zoologicznych, gdy dochodzi do połączenia wybiegów tych zwierząt. Wszystko wydaje się fajne i piękne, ot, cudowny zwierzaczek, ale w życiu niewiele rzeczy jest różowych i lygrys ma też ciemne strony. Nie przeżyłby na wolności, bo jest… zbyt duży. Jego pozornie największy atut staje się jego największą słabością. Nie może biec za jedzeniem jak tatuś lew ani podkradać się do zwierzyny jak mamusia tygrys, czyli umarłby z głodu. Dlaczego lygrys jest taki wyjątkowy, nie licząc jego ogromnej wielkości?  Przyjęło się, że krzyżówki są bezpłodne, ale samica lygrysa może urodzić potomstwo. Co prawda, samce są bezpłodne, czyli lygryski nie mogą rozmnażać się ze sobą, ale żeńska część ich ,,populacji” może mieć dzieci, choć nie będą to już lygrysy. Dziwne, prawda?

 A co Wy o tym sądzicie? Uważacie lygrysa za intrygujące stworzenie, czy za biedne zwierzę, które nie powinno mieć prawa do istnienia?  

Jak widać wróciłam do korzeni, czyli piszemy o zwierzętach i przyrodzie. Zawsze jednak lepiej pisać o tym niż o niczym , prawda? Dodałam nową ankietę, proszę o głosowanie :) 

Obrazki pochodzą ze stron:
memgenerator.pl
fundir.org

środa, 25 lipca 2012

Czasami warto słuchać starszych. Ryby.

Wiem, brutalnie i na długo porzuciłam bloga, ale naprawdę nie miałam żadnych pomysłów na notkę. To przez wakacje - brak szkoły naprawdę może szkodzić. Jakie to dziwne uczucie, gdy zdajemy sobie sprawę, że w szkole naprawdę można się dużo nauczyć i ciągle coś sie dzieje. Monotonia wakacyjnej egzystencji nie sprzyja twórczemu (i jakimkolwiek innemu) myśleniu. Można tylko chodzić na ryby...




Czasem naprawdę warto słuchać rodziców i starszych. Mówię to zupełnie poważnie. Kilka dni temu poszłam z dziadkiem łowić ryby nad rzeką. Wcześniej nie łowił dużo, więc cieszył się z każdej zdobyczy. Ja też trochę powędkowałam (i złamałam szczytówkę wędki) i złowiłam kilka płotek i krąpików, które prawdę mówiąc, były dość mizerne. Zapragnęłam zrobić z nich zupę rybną lub usmażyć je na patelni, dziadek jednak uważał, że są za małe i że to głupi pomysł, podobne zdanie miała mama, poznaliśmy je dzięki telefonom komórkowym, cudownym wytworze naszej cywilizacji. Oczywiście nie posłuchałam ich i zapakowałam przyszłą kolację do reklamówki, zapewniając, że sama je oskrobię i wypatrzę, mimo, że wcześniej tego nie robiłam. Wróciłam do domu, nie obyło się bez biadania, że takie rybki to można rzucić kotom, ale nawet ich chwilowo nie ma. W końcu mama zgodziła się je oporządzić, ale nie pozwoliła mi skrobać i patroszyć - bała się o kuchnię. Prawdę mówiąc, nawet się z tego ucieszyłam, bo perspektywa wyjmowania organów z rybiego brzucha niezbyt mi się podobała. Nie dość, że zwierzątka były małe, to mama jeszcze je przypaliła. i tak je zjadłam, całą szóstkę, ale to było straszne przeżycie. Naprawdę nie było na nich mięsa, same ości, do tego wszystko spalone, zupełnie niejadalne. Trzeba było posłuchać rodziców. Wczoraj usiłowałam złowić dużego leszcza, który nadawałby sie do jedzenia i zdobył by aprobatę otoczenia, jednak moje wysiłki spełzły na niczym. Ale już nigdy, nigdy, nie będę uparta w kwestii ryb i ich jedzenia. Czasami naprawdę warto posłuchać starszych. Przynajmniej mam nauczkę.


Z niecierpliwością wyglądam igrzysk olimpijskich i pokładam wielkie nadzieje w naszej drużynie siatkarskiej – oby po wygranej Lidze Światowej i memoriale szczęście ich nie opuściło.
Chciałabym móc pisać posty o tematyce m&a, ale nie ma odpowiednich odbiorców na moim blogu, a to dlatego, że nie ma tu takich postów. Błędne koło. Obrazki pochodzą z zerochan.


Pozdrowienia dla wszystkich, którzy tak jak ja są uparci i gniją w domu!