sobota, 27 sierpnia 2011

Na wykopki! Dla dzinks XD

Dzinksie, łap! Jestem rąbnięta, bo niemiłosiernie się ryłam, jak czytałam ten tekst, który kiedyś w zamierzchłych czasach napisałam i zagubiłam gdzieś w czeluściach mojego komputera. Wciąż uważam, że jest marny, więc czytasz na własną odpowiedzialność!
  Wikta…
 Wreszcie! Już myślała, że ten cudowny dzień nigdy nie nadejdzie. Wydawało jej się, że każda chwila bardziej ją od niego oddala, niż przybliża. No, ale w końcu oczekiwanie dobiegło końca. Zerwała się z łóżka i ze śpiewem na ustach zaczęła się ubierać. Gdy już była gotowa, wciąż śpiewając pognała na dół, do kuchni.
- Dziś jest dzień wykopów, dziś są wykopki, jee! – wykrzyknęła do rodziców i brata siedzących przy stole i jedzących parzybrodę. Nagle zamilkła zdziwiona.
- Dlaczego na śniadanie mamy dziś obiad? – spytała mało składnie.
- Siadaj i wsuwaj, a nie pytaj. – mruknął ponuro ojciec.
- Skarbeńku kochany, dziś musimy mieć dużo siły, nas czeka praca na polu, a ciebie szkoła… A właśnie, mój buraczku, gdzie się podział twój plecak? – zaświergotała mama.
- Ale jak to plecak? Jak to do szkoły?  - wyjąkała zdziwiona Wikta. – Przecież dziś są wykopki! Dzień buraków!
- Kochanie, jesteś już za duża, by móc opuszczać lekcje. To poważna sprawa. Nie wolno ci dla przyjemności opuszczać zajęć.
- Ale jak to, mamo?! Tak na nie czekałam, przecież wiesz!!! – dziewczyna nie wierzyła swoim uszom, wszystkim trzem, zewnętrznemu, środkowemu i wewnętrznemu.
- No już, nie ma gadania. Z ojcem już to ustaliliśmy.
- Yhm. – rzeczony współspiskowiec zaszczycił je mruknięciem.
- No właśnie! – uradowała się rodzicielka. – Do szkoły marsz!
- Nienawidzę was! – wykrzyknęła melodramatycznie Wikta i pobiegła do swojego pokoju. Chwyciła plecak, pal licho, jakie były w nim właśnie książki. Wiedziała, że mama potrafi być stanowcza. Mimo to, ona nie zamierza kisić się w klasie. Będzie wykopywać buraki, wraz  Norą, Fryckiem, Kazia, no i oczywiście Mariuszkiem. Już ona to załatwi, wszystko jedno jak. Bez większych protestów pozwoliła się więc zawieźć do szkoły (rodzice bali się, że jeśli będzie chodziła na pieszo, to porwie ją leszy, ale Wikta na tą myśl zaczynała współczuć leszemu). Jadąc obmyślała plan.
Zaraz po dotarciu do miejsca kaźni pobiegła na poszukiwania kolegów. O dziwo byli niemal wszyscy, ustawieni przed drzwiami klasy, gdzie grzecznie czekali aż dzwonek swoim terkoczącym głosem zapowie początek ich męki, czyli, prościej mówiąc, lekcji geografii.
- Co się stało? – wykrzyknęła, przyprawiając stojącą obok dziewczynę o palpitację bębenków usznych. – Dlaczego nie wykopujecie buraków, tylko tak tu stoicie?
- Moi starzy odwalili troskę o moje zaległości w nauce. – mruknęła Kazia – I wysłali mnie do szkoły. Ale dlaczego ty tu jesteś? Przecież  tak strasznie kochasz buraki?
- Tak, kocham je, buuu! Ale moja mama zrobiła to samo…
- Co? – wtrąciła się Nora – Myślałam, że akurat ty im się postawisz…
- Mi też kazoli. I do szokła musiołem przyjść. – zawieśniaczył Maciejczak.
- Widzicie, to zmowa! – podekscytował się Frycek – Oni zrobili to z premedytacją! To jest jakieś podejrzane!
- Ta, kryzys wieku średniego – mruknęła ironicznie Kazia.
- Ale my się nie damy! -  zadeklarowała się Wikta -  Mamy prawo do  wykopywania buraków! Mamy prawo do wolności!
- Dokładnie! – poparła ją Nora, ściągając na siebie spojrzenia.
- Co ty tu robisz? – zorientowała się Monisia – Przecież ty już dawno uciekłaś z domu…
- No, ale pomyślałam, że skoro was nie widać na polu, to pewnie jesteście w szkole, a sama wykopywać nie będę, więc poszłam do budy, by was poszukać i dowiedzieć się, co jest grane. – oświeciła ją Nora.
- No. Solidarność musi być! – Frycka aż roznosiło.
- Ale co my zrobimy? Tak nie wolno. – gorączkowała się Monisia – Ja nie chcę iść na lekcję.
- Nic aż tek złego się nie stanie – oświadczył Frycek – Albowiem…
- Albowiem?
- Albowiem uciekniemy z budy, miejsca kultu tortur wszelakich i siedliska bestii ohydnych, pod maską nauki skrytych, które tylko czyhają, by nas, niewinnych rozszarpać wściekłymi kłami geografii. – oznajmił chłopak tonem proroka.
- Co mu? – szepnęła Wikta na ucho Monisi. Nawet jak dla Frycka takie zachowanie nie było typowe.
- A, jak był ostatnim razem u ciebie to wypił trochę tej wczorajszej herbatki… - wyjaśniła Monisia.
-Aaa… - mruknęła zorientowana Wikta, a głośno powiedziała - Aleś ty szybki! O tym, że uciekniemy, to ja już wiedziałam jadąc tutaj.
-  O sso chodzi? – wydukał Maciejczak.
- O ten traktor, co nie chodzi. – usadził go zniecierpliwiony  się Frycek – Jazda do drzwi!
Posłusznie zebrali się przy wyjściu, już, już mieli wychodzić, lecz wtem na podwórku zamajaczył im cień potwora straszliwego, poczwary obrzydłej, o spojrzeniu rzucającym kary, dzierżącą w swej prawicy każącą miotłę sprawiedliwości, postrach wagarowiczów, maszkarę o złej sławie samojedzia, czyli, krótko mówiąc, woźną Helenkę.
- Oż kurdę! – jęknęła Wikta – Cały plan bierze  w łeb.
- Jaki plan? – Kazia uśmiechnęła się drwiąco.
- Nie martwić się nią! – Frycek poczuł w sobie zew kaprala – Woźna, nie woźna, wystarczy dotrzeć za płot, a ona nic nie będzie mogła nam zrobić. Jazda, biegiem, już!
Na dźwięk jego komendy wszyscy poczuli w sobie dla odmiany zew szeregowca i posłusznie puścili się do samobójczego biegu. Do świętej Agnieszki, kto wpadł na pomysł, by wokół szkoły był tak wielki plac?! Brama była tuż tuż. Powoli zaczęli wierzyć, że im się uda. Ich nadzieję rozwiał wrzask woźnej:
- Wracać mi tu, huncwoty! Łędogi! Natychmiast się zatrzymajcie!
- Biec! Biec za swoim kapralem! Nie zatrzymywać się! – darł się Frycek, skuszony wizją błogiego wykopywania buraków.
Jednak woźna, wprawiając ich w zdumienie, wydała bojowy okrzyk, podpatrzony chyba na jakimś filmie o Masajach i ruszyła za nimi w pogoń, wymachując karzącą miotłą. Jej afrykańskie zawodzenie zagłuszył głośny warkot. To drogą nadjeżdżał ciągnik, co więcej, ciągnik Mariusza, niosący ocalenie.
- Wskakujcie! – krzyknął kierowca – Szybciej!
Uradowanym wagarowiczom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Błyskawicznie usadowili się na przyczepie, zostawiając zdumioną woźną wraz z jej miotłą sprawiedliwości.
- Macie szczęście, że właśnie przejeżdżałem. Czemu wy nie na wykopkach? – spytał wybawca.
- Och, to już nieistotne. Ależ ty jesteś wspaniały - uśmiechnęła się do niego zalotnie Wikta, eksponując swoje zielone uzębienie – Masz świetne wyczucie czasu. Gdyby nie ty, to nawet nie chcę myśleć, co by się mogło stać. Naprawdę, szczęśliwy los nam cię zesłał…
- No, teraz już jesteś wszyscy razem. – samozwańczy kapral brutalnie przerwał jej wypowiadane szczebiocącym głosem peany na cześć traktorzysty – Na wykopki!
- Na wykopki! – odpowiedział mu radosny wrzask szeregowców.

8 komentarzy:

  1. nie było widać bo drzewa zasłaniały .

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej ! Wcale nie jest marny! Uważam, że bardzo ciekawy, jest dalsza część?
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. szkoda :( Ale i tak pewnie było pięknie.

    Jest wcześniejsza, o tutaj http://jazwierzetawyobraznia.blogspot.com/2011/07/opowiadanie-o-wikcie.html
    Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. taaak! na wykopki! na wykopki ;DD łii, robisz mi darmową reklamę ;P kurczę, ja wgl lubie opowiadania, szczególnie na blogach. najlepsze są twoje, andzi i sylwietty. tyle że ty masz o wiele większy zasob słów. hmmm, może ja też coś zrobię w tym kierunku ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam duży zasób słów... Miło wiedzieć. No właśnie dzinks, podziękuj za reklamę XD W końcu córka polonistki.

    OdpowiedzUsuń
  6. oł fenk ju weri macz xD masz mamę polonistkę?? tego nie wiedziałam ;D

    OdpowiedzUsuń