sobota, 27 sierpnia 2011

Na wykopki! Dla dzinks XD

Dzinksie, łap! Jestem rąbnięta, bo niemiłosiernie się ryłam, jak czytałam ten tekst, który kiedyś w zamierzchłych czasach napisałam i zagubiłam gdzieś w czeluściach mojego komputera. Wciąż uważam, że jest marny, więc czytasz na własną odpowiedzialność!
  Wikta…
 Wreszcie! Już myślała, że ten cudowny dzień nigdy nie nadejdzie. Wydawało jej się, że każda chwila bardziej ją od niego oddala, niż przybliża. No, ale w końcu oczekiwanie dobiegło końca. Zerwała się z łóżka i ze śpiewem na ustach zaczęła się ubierać. Gdy już była gotowa, wciąż śpiewając pognała na dół, do kuchni.
- Dziś jest dzień wykopów, dziś są wykopki, jee! – wykrzyknęła do rodziców i brata siedzących przy stole i jedzących parzybrodę. Nagle zamilkła zdziwiona.
- Dlaczego na śniadanie mamy dziś obiad? – spytała mało składnie.
- Siadaj i wsuwaj, a nie pytaj. – mruknął ponuro ojciec.
- Skarbeńku kochany, dziś musimy mieć dużo siły, nas czeka praca na polu, a ciebie szkoła… A właśnie, mój buraczku, gdzie się podział twój plecak? – zaświergotała mama.
- Ale jak to plecak? Jak to do szkoły?  - wyjąkała zdziwiona Wikta. – Przecież dziś są wykopki! Dzień buraków!
- Kochanie, jesteś już za duża, by móc opuszczać lekcje. To poważna sprawa. Nie wolno ci dla przyjemności opuszczać zajęć.
- Ale jak to, mamo?! Tak na nie czekałam, przecież wiesz!!! – dziewczyna nie wierzyła swoim uszom, wszystkim trzem, zewnętrznemu, środkowemu i wewnętrznemu.
- No już, nie ma gadania. Z ojcem już to ustaliliśmy.
- Yhm. – rzeczony współspiskowiec zaszczycił je mruknięciem.
- No właśnie! – uradowała się rodzicielka. – Do szkoły marsz!
- Nienawidzę was! – wykrzyknęła melodramatycznie Wikta i pobiegła do swojego pokoju. Chwyciła plecak, pal licho, jakie były w nim właśnie książki. Wiedziała, że mama potrafi być stanowcza. Mimo to, ona nie zamierza kisić się w klasie. Będzie wykopywać buraki, wraz  Norą, Fryckiem, Kazia, no i oczywiście Mariuszkiem. Już ona to załatwi, wszystko jedno jak. Bez większych protestów pozwoliła się więc zawieźć do szkoły (rodzice bali się, że jeśli będzie chodziła na pieszo, to porwie ją leszy, ale Wikta na tą myśl zaczynała współczuć leszemu). Jadąc obmyślała plan.
Zaraz po dotarciu do miejsca kaźni pobiegła na poszukiwania kolegów. O dziwo byli niemal wszyscy, ustawieni przed drzwiami klasy, gdzie grzecznie czekali aż dzwonek swoim terkoczącym głosem zapowie początek ich męki, czyli, prościej mówiąc, lekcji geografii.
- Co się stało? – wykrzyknęła, przyprawiając stojącą obok dziewczynę o palpitację bębenków usznych. – Dlaczego nie wykopujecie buraków, tylko tak tu stoicie?
- Moi starzy odwalili troskę o moje zaległości w nauce. – mruknęła Kazia – I wysłali mnie do szkoły. Ale dlaczego ty tu jesteś? Przecież  tak strasznie kochasz buraki?
- Tak, kocham je, buuu! Ale moja mama zrobiła to samo…
- Co? – wtrąciła się Nora – Myślałam, że akurat ty im się postawisz…
- Mi też kazoli. I do szokła musiołem przyjść. – zawieśniaczył Maciejczak.
- Widzicie, to zmowa! – podekscytował się Frycek – Oni zrobili to z premedytacją! To jest jakieś podejrzane!
- Ta, kryzys wieku średniego – mruknęła ironicznie Kazia.
- Ale my się nie damy! -  zadeklarowała się Wikta -  Mamy prawo do  wykopywania buraków! Mamy prawo do wolności!
- Dokładnie! – poparła ją Nora, ściągając na siebie spojrzenia.
- Co ty tu robisz? – zorientowała się Monisia – Przecież ty już dawno uciekłaś z domu…
- No, ale pomyślałam, że skoro was nie widać na polu, to pewnie jesteście w szkole, a sama wykopywać nie będę, więc poszłam do budy, by was poszukać i dowiedzieć się, co jest grane. – oświeciła ją Nora.
- No. Solidarność musi być! – Frycka aż roznosiło.
- Ale co my zrobimy? Tak nie wolno. – gorączkowała się Monisia – Ja nie chcę iść na lekcję.
- Nic aż tek złego się nie stanie – oświadczył Frycek – Albowiem…
- Albowiem?
- Albowiem uciekniemy z budy, miejsca kultu tortur wszelakich i siedliska bestii ohydnych, pod maską nauki skrytych, które tylko czyhają, by nas, niewinnych rozszarpać wściekłymi kłami geografii. – oznajmił chłopak tonem proroka.
- Co mu? – szepnęła Wikta na ucho Monisi. Nawet jak dla Frycka takie zachowanie nie było typowe.
- A, jak był ostatnim razem u ciebie to wypił trochę tej wczorajszej herbatki… - wyjaśniła Monisia.
-Aaa… - mruknęła zorientowana Wikta, a głośno powiedziała - Aleś ty szybki! O tym, że uciekniemy, to ja już wiedziałam jadąc tutaj.
-  O sso chodzi? – wydukał Maciejczak.
- O ten traktor, co nie chodzi. – usadził go zniecierpliwiony  się Frycek – Jazda do drzwi!
Posłusznie zebrali się przy wyjściu, już, już mieli wychodzić, lecz wtem na podwórku zamajaczył im cień potwora straszliwego, poczwary obrzydłej, o spojrzeniu rzucającym kary, dzierżącą w swej prawicy każącą miotłę sprawiedliwości, postrach wagarowiczów, maszkarę o złej sławie samojedzia, czyli, krótko mówiąc, woźną Helenkę.
- Oż kurdę! – jęknęła Wikta – Cały plan bierze  w łeb.
- Jaki plan? – Kazia uśmiechnęła się drwiąco.
- Nie martwić się nią! – Frycek poczuł w sobie zew kaprala – Woźna, nie woźna, wystarczy dotrzeć za płot, a ona nic nie będzie mogła nam zrobić. Jazda, biegiem, już!
Na dźwięk jego komendy wszyscy poczuli w sobie dla odmiany zew szeregowca i posłusznie puścili się do samobójczego biegu. Do świętej Agnieszki, kto wpadł na pomysł, by wokół szkoły był tak wielki plac?! Brama była tuż tuż. Powoli zaczęli wierzyć, że im się uda. Ich nadzieję rozwiał wrzask woźnej:
- Wracać mi tu, huncwoty! Łędogi! Natychmiast się zatrzymajcie!
- Biec! Biec za swoim kapralem! Nie zatrzymywać się! – darł się Frycek, skuszony wizją błogiego wykopywania buraków.
Jednak woźna, wprawiając ich w zdumienie, wydała bojowy okrzyk, podpatrzony chyba na jakimś filmie o Masajach i ruszyła za nimi w pogoń, wymachując karzącą miotłą. Jej afrykańskie zawodzenie zagłuszył głośny warkot. To drogą nadjeżdżał ciągnik, co więcej, ciągnik Mariusza, niosący ocalenie.
- Wskakujcie! – krzyknął kierowca – Szybciej!
Uradowanym wagarowiczom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Błyskawicznie usadowili się na przyczepie, zostawiając zdumioną woźną wraz z jej miotłą sprawiedliwości.
- Macie szczęście, że właśnie przejeżdżałem. Czemu wy nie na wykopkach? – spytał wybawca.
- Och, to już nieistotne. Ależ ty jesteś wspaniały - uśmiechnęła się do niego zalotnie Wikta, eksponując swoje zielone uzębienie – Masz świetne wyczucie czasu. Gdyby nie ty, to nawet nie chcę myśleć, co by się mogło stać. Naprawdę, szczęśliwy los nam cię zesłał…
- No, teraz już jesteś wszyscy razem. – samozwańczy kapral brutalnie przerwał jej wypowiadane szczebiocącym głosem peany na cześć traktorzysty – Na wykopki!
- Na wykopki! – odpowiedział mu radosny wrzask szeregowców.

Oczy, mafia i DN


Upał wręcz nieznośny, a mama ciąga mnie po targowisku i szuka mi dżinsów… Jak ja nie cierpię przymierzać spodni! WRESZCIE coś się zaczęło dziać i w moim spokojnym miasteczku była strzelanina! Tuż obok naszego domu! Po mieszkaniach w całej okolicy (a nie jest ta nasza okolica za wielka) chodzą i pytają. Ja nie mogę... Ponoć policja i mafia. Mam za domem mafię! Jaki szpan. Świat zwariował. A takie ponoć spokojne bloki. Miałam wczoraj imieniny, dzisiaj impreza :)





Dobiłam do 70 odcinka bleach, potem zrobiły się nudne i beznadziejne, więc na razie sobie odpuszczam i wracam po raz sześćdziesiąty oglądać Death Note od początku. Wciąż pozostaje najlepsze, a w miarę jak oglądam inne anime, jego status tylko się jeszcze wyżej podnosi (choć wyżej to już chyba nie można XD). Zauważyłam, że coś za mało tu Lighta, więc oto i on!
Ptaki już odleciały, a wśród nich moje ukochane jaskółki. Tak tu teraz cicho… Boże, znowu nadejdzie jesień, będzie wilgotno i mgliście, a niebo będzie wiecznie szare, słońce gdzieś zniknie… Szkoda, że Polska jest krajem wyjątkowo ubogim w słońce,  te szarości negatywnie wpływają na moją psychikę. Chociaż w komputerze będzie kolorowo, już ja o to zadbam!


Zagadka:
Jaki kolor oczu ma wpisany do dowodu osobistego osoba z heterochronią? 

środa, 24 sierpnia 2011

Jak szkatułka w szkatułkach.




Czasami kilka minionych dni zlewa mi się w jeden, a jeden, nawet i trwający, rozszczepia się na kilka. Nawet dobrze, że w końcu będzie ta szkoła (źle się wyraziłam, :P szkoła ciągle jest i niech sobie stoi i do sądnego dnia, bylebym tylko ja nie musiała do niej chodzić). Zresztą też dziwne zjawisko, powszechna nienawiść do naszego kochanego szkolnictwa. Skąd to się bierze? Może to zwyczajny protest przeciw ograniczaniu naszej wolności, ale głowy bym nie dała. Zresztą ona jest już zapisana do laboratorium medycznego, jak i reszta ciała – większość pójdzie na przeszczepy, a co zostanie na pomoce naukowe. Ha, ha, ha. Słaby dowcip. Płaski. Jak taka płyta CD (przyznam się, że w pierwszej chwili pomyślałam o dyskietce, prawdopodobnie ze względu na jej jakże bardziej adekwatny kształt, ale to porównanie może się wydać niezrozumiałe dzieciom neo, które i tak nie raczą się pojawić na tym zapominanym przez internautów blogu, położonym na skraju naszego wszechświata, ale lepiej dmuchać na zimne), która wiele razy bywa oddawana na pożarcie czarnej czeluści naszego napędu DVD, czy jak to się tam zwie (nie mam najmniejszej ochoty sprawdzać). Biedna taka płyta, szczególnie, że już wychodzi z użycia. Wkurzająca jest ta przemijalność, której naprawdę nie ma. Napisałabym tu coś, jednak i tak kazano by mi to skasować, więc nie będę katować klawiatury. Ech, ciągle piszę, że o nią dbam, atak naprawdę nic nie sprawia mi większej radości, niż znęcanie się nad jej małymi, płaskimi klawiszami i obserwowaniem, jak na ekranie mojego laptopa pojawia się coraz więcej liter, układających się w logiczne ciągi, których zbiór jednak owej logice przeczy. Ha, ha, ha, nawet pisanie tego bloga jest absurdem i paradoksem (proszę mi to zaliczyć, szanowne osoby, które kliknęły w niesławnej pamięci poprzedniej ankiecie pozycję ,,o absurdach”. Zresztą, miałam, co chciałam, trzeba było tego nie pisać, ale… Noż kurde, zawsze jest jakieś ale!). 
Ciekawe, czy ten mój laptop jest polskiej produkcji (w co naprawdę SZCZERZE wątpię (buhahaha, ja, szczerze!)), bo Polska, jest jak wiadomo, uznawana przez nasz nowoczesny naród za kraj paradoksów. Jeśli więc jest z mojej ojczyzny (patrz nawias w powyższym wersie), to absurdalność leży w jego naturze, w budowie, jest zapisana w każdym jego procesorze i na każdym jego dysku, więc idąc tym tokiem, to to, że piszę na absurdalnym komputerze absurdalne bzdury jest czymś zupełnie normalnym i logicznym. Ale, (a nie mówiłam, że zawsze jest jakieś ale?) jeśli przyjmiemy założenie, że ten kochany laptop jest jednak naszej krajowej produkcji, to pojawia się kolejny problem, gdyż Polska jest siedliskiem paradoksów tylko według ludzi nowoczesnych (mam nadzieję, że wiecie, o jaką nowoczesność mi chodzi, ale jeśli nie (ale, ale!) to i tak jakoś to będzie), a ja ich poglądów nie podzielam, więc mój komputer także jest normalny. Ale, może to oni maja rację (widzicie, jak bardzo staram się nie być szowinistą?), więc działam w sprzeczności z moim laptopem. Ale, jeśli to, że jestem Polką, powoduje, że jestem anormalna, to pozostaję do komputera kompatybilna. Ale… I tak dalej. Mam nadzieję, że wiecie, do czego to prowadzi (przyznam się bez bicia, że ja nie wiem). 
Właściwie to tak naprawdę nie piszę tu bzdur. Ale (ha, ha, ha, nie ma to jak unieszczęśliwianie się na siłę, cóż, może ja jestem masochistą, ale przecież wtedy to nie byłoby unieszczęśliwianie… Zresztą, akurat tutaj to ale powoduje moją radość.) pewnie przez większość jest to tak postrzegane. Właściwie, to ja tego bloga piszę dla siebie, od początku pisałam. Zresztą tak naprawdę nie jestem tu sobą, choć jednocześnie tylko tu… A nie będę tego pisać, bo moich myśli z reguły słowami nie da się określić, dlatego pisanie pozornie powinno sprawiać mi problem. I sprawia. Ale inaczej. Matko Boska Częstochowska (moja patronka, jakby nie patrzeć)! Gratulacje dla tych, którzy to przeczytali. A jeszcze większe dla tych, którzy to zrozumieli i wiedzą, co chciałam tym powierzchownie dziwnym i chaotycznym postem pokazać i powiedzieć. Proszę, piszcie w komentarzach, może komuś się udało? Ta, wiem, że nikt tego nie czyta. Anika... A co mi tam.


Jak szkatułka w szkatułkach.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Nieprzyjaźni ludzie, Mello i moje wynurzenia. Znowu!


Jakie to wkurzające, że nieprzyjaźni ludzie zostawiają nieusuwalne ślady w życiu. We wspomnieniach. Teraz już chyba zawsze będę dziwnie reagować na słowa: makro, Legia, Praga, plaża w Chorwacji, Amadeusz, cerkiew... No, ale przynajmniej im też zostanie solidny uraz. Już o to zadbałam ^^ Co jak co, ale grać to ja potrafię. Chociaż to. I czasami to aktorstwo bardzo się przydaje, oj bardzo... Ale już więcej nie pisze, bo i po co, było, minęło i nie wróci, tylko mama będzie narzekać, jak to jakoś znajdzie :P Nie warto wyciągać ręki do świata, bo wszędzie grasują siekiernicy. 
Ostatnio na blogu jawią się przeróżne filozoficzne dywagacje i moje psychodeliczne wynurzenia. Cóż... Chociaż jest co czytać.
Wreszcie wróciłam do domu...
Postanowiłam w końcu się zmiłować i wysłuchałam błagań mamy, wzywającej, bym wreszcie zaczęła czytać ,,normalne" książki (Niee, mamo. Lem nie jest normalny :P). Przywlokłam więc z biblioteki ,,Trzy życzenia" - przedstawiciela owej przeciętnej literatury młodzieżowej. Zaczynam czytać. Życzcie mi szczęścia...

Cytat na dziś:
,,Najgorszy jest lęk przed czymś, czego nie można nazwać."
Janusz Leon Wiśniewski

A dzisiaj dla odmiany Mello :3 Wiem, że to dziwne, ale go lubię.


niedziela, 21 sierpnia 2011

Rozważania przy ławie



Siedzę sobie na ławie na działce (a raczej siedziałam, bo wstukuję to już później) i rozmyślam. Rozmyślam o bzdurach, ściślej mówiąc. O kolorach, które właściwie przecież nie istnieją i są tylko złudzeniem, jednym z wielu, którymi karmi się nasz wzrok. Usiłuję wyobrazić sobie, jak naprawdę wygląda świat. Bez ułatwień, bez oszustw oczu. Wszystko jakieś takie… przezroczyste? No, nie da się tego określić. Właściwie, wtedy nie widać jakby nic. A gdyby naprawdę było tylko nic, to i tak musiałby być jakiś kolor tła, bo sama przejrzystość powietrza nie może ciągnąć się w nieskończoność. Powietrza. To też coś. Jakie to głupie, że tak ciężko przyswoić sobie wszechobecną nicość i pustkę. Gdy zamykam oczy, to ciągle widzę, widzę czerń swoich powiek. Ale… gdyby ktoś zwyczajnie urodził się bez oczu? Albo gdyby istniały jakieś pozbawione wzroku inteligentne istoty? Czy one też ,,widzą” czerń? Czy panuje ona w ich umyśle? Jak to jest po prostu nie posiadać tego zmysłu? Jak się wtedy myśli? Eh, nie mogę za bardzo określić tego, o co mi chodzi słowami. W takich chwilach żałuję, że nie można nawiązać z czytelnikami więzi telepatycznej (Anika, masz pole do popisu!) XD. Ponieważ wypisuję tu same bzdury, które bez owej telepatii (milcz Anika :D) są niezrozumiałe, kończę już to robić, bo trochę żal mi długopisu (naprawdę!), a później i ,,klawia, klawiatury dla śleeeepychh” (ha, ha dla ślepych! :P). A tak na serio, to ja ciągle poszukuję autorów tej piosenki! 


środa, 17 sierpnia 2011

Co w życiu cenię najbardziej?



Pamiętam kiedyś taki film komediowy, gdzie pewien mężczyzna na pytanie co w życiu ceni najbardziej, odparł, że ludzi. Wtedy miało to śmieszyć i ukazać jego filozoficzny charakter, ale po namyśle stwierdziłam, że warto by było takie pytanie zadać sobie samemu. Potem oczywiście o tym zapomniałam, ale niedawno ktoś mi o nim przypomniał, zadając mi je zupełnie nieświadomie. Co w życiu cenię najbardziej… I wiecie co? Moja odpowiedź była dokładnie taka sama, jak bohatera tamtego filmu. Nie wiem, czy i Wy tak uważacie, ale ja myślę właśnie tak. Dookoła jest wielu różnych ludzi, wszyscy inni i na swój sposób wartościowi, ciekawi wariaci, osoby życzliwe i wyrozumiałe, nerwowi cholerycy, ci starzy i doświadczeni, a także młodzi i… twórcy. Każdy z własnymi poglądami, każdy inaczej widzi świat, ma inny charakter, inny stosunek do mnie… Jak widać nawet tak ponoć aspołeczna osoba jak ja czuje potrzebę kontaktu z innymi i ich poznawania. Ludzie mnie zwyczajnie ciekawią. Bez nich byłoby nudno. Tak naprawdę tylko drugi człowiek potrafi mnie zaskoczyć, zainteresować, zmienić mnie. Na swojej drodze spotkałam wielu wspaniałych ludzi. Zresztą, nawet ci, których nie lubię i toczę z nimi wojny są mi potrzebni i czynią moje życie pełnym. Jak to powiedział Jan Twardowski - ,,wszyscy są dla wszystkich i każdy jest każdemu potrzebny”. Więc idę dalej przez to nieznośne życie, i wciąż poznaję, czy to w realnym świecie, czy w Internecie, nowych ludzi, odkrywając to przedziwne i piękne zjawisko, jakim jest drugi człowiek.
A Wy? Co Wy cenicie w życiu najbardziej? Zastanówcie się dobrze i odpowiedzcie sobie szczerze, bo od tego może zaskakująco wiele zależeć.
A w ogóle to jeszcze nie wróciłam z działki, a zamieściłam tu to, bo przydrałowałam na nogach do domu. To niedaleko, tylko cztery kilometry po wiejskich drogach. :P Trzeba być upartym XD Nie wiem, jak ja tam dłużej przeżyję. Pół nocy nie mogłam spać (proszę, pomińmy to, że ja i tak nie mogę spać :D).  Wiem, że tekst na górze nieco kulawy, ale to wszystko przez to, że pisałam go właśnie w owym środku nocy, gdy nie mogłam zasnąć. Teraz już znacie powód, dlaczego piszę tu takie nienormalne bzdury. Po prostu są one ,,tworzone” (haha, tworzone!) w półśnie o czwartej nad ranem.



Pierwszy opening Death Note jest genialny :3

wtorek, 9 sierpnia 2011

Można wszystko, tylko trzeba chcieć. I próbować.



Dzisiaj jestem z siebie naprawdę dumna i nic mi chyba nie zepsuje mojego dobrego (teraz) humoru. Otóż posprzątałam w moim pokoju. DOSZCZĘTNIE I DOGŁĘBNIE, czyli w szafach też :) Jakoś trzeba się przygotować do szkoły i zrobić miejsce na książki… To jest zwyczajnie dziwne i podejrzane, jak szybko mijają te wakacje. Tyle było przecież planów! Tyle rzeczy do zrobienia! I jak zwykle fiasko. I złość na samego siebie. Ale chociaż trochę udało mi się poszaleć z dala od domu. Do szkoły… Jak zwykle obiecam sobie, że ten rok będzie idealny, że będę się dobrze zachowywać, zdobędę wielu przyjaciół, nie będzie depresji, nie dopadnie mnie chore zmęczenie i tym podobne bla, bla, bla. I jak zwykle z tego też nic nie wyjdzie. Ale mam tą nadzieję, że tym razem będzie inaczej. No bo dlaczego nie? W końcu musi się udać. Wszystko da się zrobić, o ile się wystarczająco długo próbuje. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę!
 Zresztą przecież wszystko jest możliwe. A jeśli wszystko jest możliwe, to można wszystko. Tylko nie wolno zapominać o próbowaniu. Może coś wydaje się być odległe i niewykonalne tylko dlatego, że nikt jeszcze nie spróbował tego zrobić?

Snując się po necie zauważyłam straszny idiotyzm i absurd, czyli ,,Wyścig na szpilkach”*. Biegnąc w takim czymś prawdopodobnie bym się zabiła lub, co raczej bardziej prawdopodobne, zabiłabym te buty :) Mój tata boi się kupić mi glany (takie drogie, a ta NA PEWNO zaraz zniszczy). A moja mama...

Oryginalna rozmowa:
- Mamo, chciałabym mieć tygrysa bengalskiego...
- Oszalałaś? Zamęczyłby się z tobą. On też chce mieć jakieś życie. Tygryski wolą lasy, tajgę.
 No coment. Tyle o mojej niespożytej destrukcyjnej energii.

 
Często trapią mnie pytania: ,,Dlaczego koszmar senny jest gorszy od horroru?” i ,,Dlaczego sen po przebudzeniu nie wydaje się straszny?”. Po wczorajszej nocy znam już na nie odpowiedź. To zaskakująco proste. Gdy śni Ci się koszmar bierzesz czynny udział w akcji. Wyśniony świat staje się Twoim światem, jesteś w nim i wszystko, co się tam dzieje jest dla Ciebie prawdziwe. W pewnym sensie przeżywa się to naprawdę. Gdy oglądasz horror patrzysz na gotową historię – może i makabryczną, genialnie przemyślaną i przerażającą, ale tylko historię, która Ciebie nie dotyczy i przeżywają ją obce Ci osoby na ekranie. Właśnie dzięki tej bezpośredniości i realności koszmar okropnie Cię przeraża, choć gdy się mu dokładniej przyjrzy, tak naprawdę nie ma w nim nic szczególnie niezwykłego i mrożącego krew w żyłach.
I właśnie dlatego po wczorajszej nocy już chyba nigdy nie wejdę do piwnicy…


Po powrocie – konieczna wizyta bibliotece. Mam ostatnio fazę na bursztyny, więc książki też muszą być bursztynowe! Długo szukałam, ale w końcu znalazłam - ,,Złotą muchę” Chmielewskiej. ,,Szukajcie, a znajdziecie”. No właśnie. Chyba wszystko można znaleźć, pod warunkiem, że się dostatecznie długo szuka. To tak jak z tym próbowaniem :) Ale dziś przesłań napisałam… 

Cytat na dziś:

Aby stać się lepszym, nie musisz czekać na lepszy świat.
 Phil Bosmans


* prawdopodobnie raczej piszę to powodowana zawiścią i innymi zuuyymi pobudkami, gdyż nie posiadam żadnych szpilek

niedziela, 7 sierpnia 2011

Wszędzie dobrze...


... ale  domu najlepiej. Już wróciłam i Bogu niech będą dzięki! Ja zwyczajnie nie mogę mieć normalnych wakacji i wskutek wielu zaskakujących i wielce tajemnych wydarzeń trafiłam z Białowieży nad morze. Relacji zdawać nie będę, bo zajęłoby mi to tysiące stron i długie godziny (a także smutni panowie w czarnych garniturach nie byliby za bardzo zadowoleni xd), więc zamieszczę tu tylko kilka zdjęć, resztę pozostawiam waszej wyobraźni.




Precz z chronologią!

Cytat na dziś:

Stojąc w miejscu też można zabłądzić.
Edward Stachura