środa, 20 lipca 2011

Wyprawa Biskupińska



Wczoraj odbyłam długą wycieczkę.

Najpierw pojechaliśmy autobusem do Żnina. Długo oczekiwaliśmy na przyjazd kolejki wąskotorowej, która miała nas zawieść do Biskupina. Nareszcie przyjechała. Najpierw jak zwykle, awantura z dzieciakami o miejsca, ale jakoś się w końcu usadowiliśmy i ruszyliśmy w drogę. Podróż była wspaniała! Jechaliśmy w wagonie bez szyb w oknach, ah, wiatr we włosach, piękne widoki, to jest to! Narobiłam masę zdjęć, jeszcze sarna nam się napatoczyła po drodze. Najbardziej widowiskowo wyglądały tego dnia chmury. Tak niezwykle i ciekawie, jak to tylko cumulusy potrafią. Przejechaliśmy przez Wenecję, widząc zamek sławetnego diabła (Wypatruj uważnie Julia! Może zobaczysz braciszka!) i jeziora.

W Biskupinie udaliśmy się najpierw do muzeum. Była akurat wystawa o starożytnej Grecji. Nie wiem czemu, ale mnie takie rzeczy… brzydzą. I to strasznie! Nie potrafię tego wytłumaczyć… Na szczęście nie byliśmy tam długo. Potem obowiązkowy rajd po rekonstrukcjach i wycieczka po jeziorze statkiem o wymownej nazwie ,,Diabeł Wenecki”. Mama cały czas panikowała, bo bała się, ze dostanie choroby morskiej, albo raczej jeziorowej. Na szczęście te przewidywania się nie sprawdziły. Wdziałam buce. Nie dość, że nic im się nie podoba, chwalą się, gdzie to nie byli i nie będą, to jeszcze nie raczyli poczytać o miejscu i imprezach, zanim tam pojadą. Bez przesady, o festynie archeologicznym jest napisane nawet w moim podręczniku od historii, co prawda nie należy się po nich spodziewać , że czytają podręczniki, w ogóle, że cokolwiek czytają, ba, nawet, że to potrafią. Nie będę opisywać swoich przeżyć związanych z poznawaniem zapomnianej kultury. Dla każdego są one indywidualne. 

 Po zwiedzaniu najlepsza część – oczywiście pamiątki! Kupiłam sobie taki kieł na rzemyko-sznurku  – poprzedni mi się złamał, a ten był nawet lepszy. Wraz z nami kupowała szarańcza – czytaj: koloniści. Bosze, czy na moim obozie też tak będzie?!

Powrót kolejką do Żnina nie był już taki emocjonujący. Emocji dostarczył nam bieg ze stacji kolejowej na przystanek autobusowy. Biegliśmy w upale, i biegliśmy, przez pasy i chodniki, biegliśmy i … uf! Zdążyliśmy! Na ukoronowanie dnia poszliśmy na pizzę, do opisanego już prze ze mnie, Murzyna. Już wiem, jak ma na imię, przynajmniej w przybliżeniu. Prisal? A może Trisal? Nie ważne… Pizzę robi szybko i świetnie!

Dzisiaj znowu jadę na działkę. Nie będzie mnie tak do soboty. Jak ja to przeżyję? Ale nie będzie tak źle. Pasożyty (rodzeństwo) zostają w domu, tylko ja, dziadkowie i kolejny świeżo wypożyczony staroć Lema - ,,Eden”.
 Widziałam dwa nieba...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz