poniedziałek, 25 lipca 2011

Opowiadanie o Wikcie


Miałam mieszane uczucia co do śmiesznych opowiadań o Wikcie, ale po opiniach koleżanek postanowiłam jednak je tu zamieszczać, choć wciąż uważam, że nie nadają się do niczego. Proszę o komentarze :D Oto pierwsze z nich.



Nauczyciel bezradnym wzrokiem obrzucił klasę. Mimo, że było już dawno po dzwonku, świeciła ona pustkami. ,,Gdzie się podziali uczniowie? Może to ja pomyliłem sale…” – zastanawiał się. Dopiero zaczynał pracę, był młody, świeżo po studiach. Biedak, był jednym z tych smutnych idiotów liczących, że znajdą spokój na wsi. Cóż, pomylił adresy.
Na korytarzu rozległ się tumult. Po chwili pedagog ujrzał powoli otwierające się drzwi i Frycka, który nonszalancko wmaszerował do klasy, rzucając plecak i siebie na ławkę. Za nim z impetem wpadła dwójka chłopaków na wyścigi przepraszając za spóźnienie. Potem dotarła Wikta, a w końcu cała reszta dzieciaków. Osłupiały nauczyciel patrzył na ten korowód z dziwną miną. Żeby spóźnili się wszyscy, do tego w sposób niezaplanowany, każdy indywidualnie… Ale dość. Trzeba wziąć się do roboty. Wstał z krzesła i wyszedł na środek klasy.
- Dzień dobry. Nazywam się Michał Czajnik i będę was uczył polskiego. – oznajmił i umilkł na chwilę, speszony szmerem rozbawienia, który przeszedł po klasie po usłyszeniu jego nazwiska. Niestrudzony, kontynuował - Jako, że jest to nasza pierwsza lekcja, nie wyciągnę konsekwencji z tego, hm, spóźnienia. Może sprawdzę teraz obecność, by sprawdzić, czy wszyscy już do nas dotarli.
Wikta obrzuciła go znudzonym spojrzeniem. Naiwny. Ale znów będą mieli normalne lekcje i będzie mogła pisać swoje bzdurna wypracowania i chore rozprawki, mimo, iż ten wymoczek nie przypadł jej do gustu.
Po sprawdzeniu nieszczęsnej listy, Czajnik nie wiedząc, w co się pakuje, zaproponował, by każdy napisał coś o sobie, by lepiej się poznali, jest to także doskonałe ćwiczenie literackie. Do odpowiedzi zgłosiła się Wikta. Nauczyciel, zadowolony z pojawienia się ochotnika udzielił jej głosu. Dziewczyna wstała o zaczęła czytać:
,,Mam na imię Wikta, jak pan już to najprawdopodobniej wie. Nie lubię za bardzo tego imienia, bo kojarzy się ludziom ze słowem ,,sekta”, a może jednak właśnie dlatego je lubię? Nieważne. Gdybym już miała założyć jakąś sektę, by imię miało rację, byłoby to pewnie zgromadzenie oddające część burakowi i wszystkim trzem jego rodzajom, ćwikłowemu, pastewnemu i cukrowemu – znanych jako Święta Trójca. Ta sekta powstałaby właśnie w oparciu o to, że nadzwyczajnie lubię buraki. Lubię też herbatę, u mnie w domu jest taka, która ma taki nieco dziwny smak, została mi jeszcze z wczoraj. Po niej zawsze robi mi się tak jakoś… Więc herbata byłaby naszym rytualnym napojem. Ale miało być o mnie. Mam czternaste lat, bo niestety, ominęła mnie przyjemność kiblowania. Lubię jeździć traktorem po lesie, czasami znajdujemy tam takie małe wiewiórki, które potem pieczemy…
W miarę słuchania jej słów pan Czajnik czuł coraz większą słabość, ale Wikta niestrudzona, ciągnęła dalej.
… a ich kity zdobią później me zimowe czapki, a część z nich sprzedajemy Ruskom, a oni w zamian dają nam uran... E, to znaczy futra, tak, futra! Chciałabym zostać pisarką, ewentualnie wojownikiem ninja sprzedającym buraki przy drodze. Koniec!” – oznajmiła triumfalnie.
- Ł-ładnie. –wydukał nauczyciel. – Masz bardzo, hm, interesujące zainteresowania. Hej, ty, tam z tyłu, nie bujaj się, bo, coś sobie zrobisz! E, a może teraz ktoś inny się pochwali? – Rozejrzał się po klasie,  jednak wszystkich chętnych musiał już dawno ukraść leszy. Wtem zauważył, że jedna z dziewczyn żuję gumę. Co jak co, ale to zawsze bardzo go irytowało. Podszedł do niej i nakazał:
-Ej ty, wypluj tą gumę!
- Co pan, jeszcze świeża!
- Jak ty się odzywasz… No dalej wypluj ją natychmiast. – nie dawał za wygrana.
- Ale pan jest monotematyczny…
- Nie wygłupiaj się, jazda do kosza.
Jako odpowiedź otrzymał cisze, bardzo dużo ciszy, przerywanej leniwymi ciamknięciami. Wraz z nimi rosła jego irytacja. Już zbierał się, by ją zganić, ale  w tej chwili z tyłu klasy rozległ się głośny rumor. Zaskoczony obrócił się i ujrzał… zemdlonego Frycka leżącego na podłodze. Z tyłu jego głowy zaczął się pojawiać wielki, fioletowy guz…
- A mówiłem mu, żeby się nie bujał… - wyszeptał przerażony Czajnik.
- Nie oddycha? – spytała z nadzieją Kazia.
Polonista posłał jej dziwne spojrzenie i odparł:
- Zaraz sprawdzę…
-Niedobra ta guma! – dobiegł ich okrzyk żujki, która wstała z miejsca, podeszła do tablicy i z stoickim spokojem przykleiła gumę na samym jej środku. Czajnikowi odebrało mowę, jednak zajął się poszukiwaniem pulsu Frycka.
Ciszę poszukiwań przerwał dzwonek telefonu. To Kazia właśnie rozpoczynała swoje komórkowe ploty, nie zwracając uwagi na to, że trwa lekcja.
- Natychmiast przestań rozmawiać! – krzyknął młody nauczyciel, podenerwowany tym, że puls nie został odnaleziony.
- Poczekaj chwilę, to kolega z Ameryki…– oznajmiła Kazia, nie przerywając rozmowy.
- Jest lekcja, oddaj mi komórkę!
- Czekaj, czekaj, jeszcze chwila!
Czajnik nie zdzierżył.
- Dwaj to! – krzyknął i wyrwał jej brutalnie telefon. – Konfiskata mienia!
- Hi hi, mam drugą! – uśmiechnęła się Kazia. – A może i trzecią? Sprawdzimy?
Pan Czajnik zagotował się jak prawdziwy czajnik, ale zanim zaczął gwizdać rozległ się krzyk:
- O Jezuniu, martwy Frycek zmartwychwstał i sobie poszedł…
Przerażony nauczyciel odwrócił się gwałtownie. Rzeczywiście, nieprzytomny zniknął. Poczuł dziwny ucisk w żołądku.
-Uspokój się! – polecił. – Nie mógł sobie tak zwyczajnie wyparować, zresztą on wcale nie był martwy…
- A może mógł? Człowiek głównie składa się z wody, więc ta woda wyparował i zostały same kości i wyschnięte ciało, które rozpadło się w proch i już po Frycku… - dorzuciła swe trzy grosze Wikta.
- Co za nonsens! – gorączkował się Czajnik, ale nie wyglądał, jakby wierzył w swoje słowa. – Uczeń nie może tak sobie zniknąć, ani wyparować…
Przerwała mu głośna muzyka, która nagle wypełniła salę. To jakiś chłopak wyciągnął nie wiadomo skąd magnetofon i teraz puszczał na cały regulator piosenkę ,,Kupiłem czarny ciągnik”. Klasa zaczęła radośnie pokrzykiwać, niektórzy nawet zaczęli tańczyć po ławkach. Inni gadali przez telefony lub ze sobą, paru opętańczo biegało po sali, przy czym przerażony nauczyciel zdał sobie sprawę, że kilku gdzieś się zapodziało, za to przez chwilę wydawało mu się, że gdzieś w tym szaleństwie mignął mu rzekomo martwy Frycek…
Nagle zadzwonił dzwonek muzyka umilkła, pandemonium zmarło i uczniowie zaczęli się najzwyczajniej w świecie pakować, wraz z nimi ozdrowieńczy Frycek..
Osłupiały nauczyciel podszedł do niego.
- Co ty tu robisz? Co się stało? Gdzieś ty był?
- E, mnie nic się nie stało. Celowo się wyłożyłem, by móc potem uciec do sadu obok szkoły, bo mi mama śniadania zapomniała zapakować, bo właśnie oglądała archiwalne kazanie ojca Natanka… - wyjawił biednemu poloniście niedoszły nieboszczyk. – Ale teraz muszę już lecieć, pa! – zawołał i wybiegł z klasy. Za kapralem podążyła reszta.
Czajnik pozostał sam w nagle opustoszałej sali. Powoli podszedł do biurka i bezsilnie opadł na krzesło. Otarł chusteczką pot z czoła. Coś mu mówiło, że to będzie ciężki rok, baaardzo ciężki. Ale, że był z natury pogodnego usposobienia, pomyślał, że przynajmniej będzie ciekawie. W tej sprawie na pewno się nie mylił.
 _________________________________________________________________________

Nie liczcie, że kiedykolwiek skończą mi się obrazki z DN, Mwahahahha!

6 komentarzy:

  1. jess! wreszcie ;) mi tam się bardzo podoba ;P a tak wgl ja też lubię dn, ale oglądałam chyba do 31 odcinka, bo bez L już nie było za fajne ;//

    OdpowiedzUsuń
  2. jee! ktoś mnie rozumie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. no ba xD jestem VIP-em, bo dostaję odcinki przed opublikowaniem na blogu ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. ja ci dam, VIP-ie! te odcinki pół stardolla dostaje xd

    OdpowiedzUsuń
  5. Nawet ciekawe to twoje opowiadanie :P
    Będzie następna część ??

    OdpowiedzUsuń
  6. Będzie... tylko właściwie ona była pierwsza....

    OdpowiedzUsuń