środa, 27 lipca 2011

Kwadratowa kulka, czyli jakie można mnieć kożyści z pająka







Mój Boże, już niedługo obóz… A no właśnie. 
Nie będzie mnie od 29.07 do 08.08. 
Jak ja wytrzymam bez zamęczania was moimi pomysłami? Będę pisać dziennik obozowy i co ciekawsze rzeczy może tutaj zamieszczę. Na pewno będę pilnie notować wszystkie absurdy :D
  No właśnie. Jak ja wytrzymam całe jedenaście dni bez Internetu? Łuhuhu… Nic, tylko się wieszać. Do tego nie wiem, jakie książki zabrać na wyjazd i nigdzie nie mogę znaleźć ,,Intruza”…
Jeśli masz jakiś pomysł na dobrą książkę na obóz i wielogodzinną jazdę, proszę pisz!

Popsuł mi się komputer. Wręcz genialnie, co?
Słońce prześwieca przez żaluzje. Dotrze wszędzie. Powoli zbliża się ku zachodowi. Naprawdę, nie mogę uwierzyć, że jest lato, że jest lipiec. To przez tą pogodę. Minęła już niemal połowa wakacji… To też do mnie w ogóle nie dociera. Coś otoczyło mnie barierą obojętności, szczelniejszą niż te żaluzje. A kiedy przebije się promień?
Czytam właśnie ,,Młot na czarownice’’ Piekary. Fanatyzm tego inkwizytora i jego zbrodnie kogoś mi przypominają… Zgadnijcie kogo (Anika milcz) :) W głownie mi się już nieźle poprzestawiało.
Smok wartownik wciąż dzielnie stoi na parapecie… Naprawdę go podziwiam.
Tralalala, dwa wariaty dziś zbierają w lesie kwiaty.
Cytat na dziś:
,,Nikt nic nie czyta, a jeśli czyta, to nic nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nic nie pamięta.”
  Stanisław Lem


Zrobiłam sobie różowe pasemko we włosach krepą. Komentarz mamy: ,,Chyba cię Bóg opuścił!” i musiałam zmywać. Po sześciu umyciach nadal widać lekki róż. Mam tak podatne włosy na farbę, że krepa zastępuje mi szamponetkę xd Ale mama jest konserwatywna i nieprzejednana. Zrobiłam sobie kolorowe paznokcie, specjalnie na obóz. Kosmetyczka powiedział, że jak zrobiła takie swojej córce na kolonie, to wszystkim tak się podobały, że nawet wychowawczyni sobie takie zrobiła :) Mam nadzieję, że moje też się spodobają.

Kolorki od kciuka:
Turkus, koral, pistacja, chabrowy błękit, fiolet
Ale zaszalałam xd

W krainie absurdu

Jakie korzyści można mieć z pająka za oknem i arachnofobii? Cóż, na przykład wczesne wstawanie. Ale jaki to ma związek? Posłuchajcie…
Przed moim oknem uwił sobie sieć wieeelki pająk krzyżak, taki jak te z lasu. Siaduje na niej i napawa się moim przerażeniem. Postanowiłam sobie, że już nigdy nie otworzę tego potwornego okna. Napisałam sobie nawet kartkę z ostrzeżeniem, autocytat ,,Nie otwieraj okna, bo pająk wlezie!”. Rano do pokoju wchodzi tata i zaczyna mnie budzić. W końcu jago wzrok padł na kartkę. Zaraz zaczął mnie straszyć pająkiem i otworzył okno… Skutek był natychmiastowy. Błyskawicznie się dobudziłam,  zlazłam z łóżka, zamknęłam wrota do krainy pająków i nakrzyczałam na ojca, triumfującego, że udało mu się mnie doprowadzić do stanu używalności o ósmej rano w wakacje. Wniosek z tego taki – nawet z fobii i pająka można mieć pożytek.

Pracowici ludzie mają pieniądze. Leniwi mają czas.
 _____________________________________________________

 Naprawdę, nie miejcie nadziej. Nie skończą mi się xd
 


poniedziałek, 25 lipca 2011

Opowiadanie o Wikcie


Miałam mieszane uczucia co do śmiesznych opowiadań o Wikcie, ale po opiniach koleżanek postanowiłam jednak je tu zamieszczać, choć wciąż uważam, że nie nadają się do niczego. Proszę o komentarze :D Oto pierwsze z nich.



Nauczyciel bezradnym wzrokiem obrzucił klasę. Mimo, że było już dawno po dzwonku, świeciła ona pustkami. ,,Gdzie się podziali uczniowie? Może to ja pomyliłem sale…” – zastanawiał się. Dopiero zaczynał pracę, był młody, świeżo po studiach. Biedak, był jednym z tych smutnych idiotów liczących, że znajdą spokój na wsi. Cóż, pomylił adresy.
Na korytarzu rozległ się tumult. Po chwili pedagog ujrzał powoli otwierające się drzwi i Frycka, który nonszalancko wmaszerował do klasy, rzucając plecak i siebie na ławkę. Za nim z impetem wpadła dwójka chłopaków na wyścigi przepraszając za spóźnienie. Potem dotarła Wikta, a w końcu cała reszta dzieciaków. Osłupiały nauczyciel patrzył na ten korowód z dziwną miną. Żeby spóźnili się wszyscy, do tego w sposób niezaplanowany, każdy indywidualnie… Ale dość. Trzeba wziąć się do roboty. Wstał z krzesła i wyszedł na środek klasy.
- Dzień dobry. Nazywam się Michał Czajnik i będę was uczył polskiego. – oznajmił i umilkł na chwilę, speszony szmerem rozbawienia, który przeszedł po klasie po usłyszeniu jego nazwiska. Niestrudzony, kontynuował - Jako, że jest to nasza pierwsza lekcja, nie wyciągnę konsekwencji z tego, hm, spóźnienia. Może sprawdzę teraz obecność, by sprawdzić, czy wszyscy już do nas dotarli.
Wikta obrzuciła go znudzonym spojrzeniem. Naiwny. Ale znów będą mieli normalne lekcje i będzie mogła pisać swoje bzdurna wypracowania i chore rozprawki, mimo, iż ten wymoczek nie przypadł jej do gustu.
Po sprawdzeniu nieszczęsnej listy, Czajnik nie wiedząc, w co się pakuje, zaproponował, by każdy napisał coś o sobie, by lepiej się poznali, jest to także doskonałe ćwiczenie literackie. Do odpowiedzi zgłosiła się Wikta. Nauczyciel, zadowolony z pojawienia się ochotnika udzielił jej głosu. Dziewczyna wstała o zaczęła czytać:
,,Mam na imię Wikta, jak pan już to najprawdopodobniej wie. Nie lubię za bardzo tego imienia, bo kojarzy się ludziom ze słowem ,,sekta”, a może jednak właśnie dlatego je lubię? Nieważne. Gdybym już miała założyć jakąś sektę, by imię miało rację, byłoby to pewnie zgromadzenie oddające część burakowi i wszystkim trzem jego rodzajom, ćwikłowemu, pastewnemu i cukrowemu – znanych jako Święta Trójca. Ta sekta powstałaby właśnie w oparciu o to, że nadzwyczajnie lubię buraki. Lubię też herbatę, u mnie w domu jest taka, która ma taki nieco dziwny smak, została mi jeszcze z wczoraj. Po niej zawsze robi mi się tak jakoś… Więc herbata byłaby naszym rytualnym napojem. Ale miało być o mnie. Mam czternaste lat, bo niestety, ominęła mnie przyjemność kiblowania. Lubię jeździć traktorem po lesie, czasami znajdujemy tam takie małe wiewiórki, które potem pieczemy…
W miarę słuchania jej słów pan Czajnik czuł coraz większą słabość, ale Wikta niestrudzona, ciągnęła dalej.
… a ich kity zdobią później me zimowe czapki, a część z nich sprzedajemy Ruskom, a oni w zamian dają nam uran... E, to znaczy futra, tak, futra! Chciałabym zostać pisarką, ewentualnie wojownikiem ninja sprzedającym buraki przy drodze. Koniec!” – oznajmiła triumfalnie.
- Ł-ładnie. –wydukał nauczyciel. – Masz bardzo, hm, interesujące zainteresowania. Hej, ty, tam z tyłu, nie bujaj się, bo, coś sobie zrobisz! E, a może teraz ktoś inny się pochwali? – Rozejrzał się po klasie,  jednak wszystkich chętnych musiał już dawno ukraść leszy. Wtem zauważył, że jedna z dziewczyn żuję gumę. Co jak co, ale to zawsze bardzo go irytowało. Podszedł do niej i nakazał:
-Ej ty, wypluj tą gumę!
- Co pan, jeszcze świeża!
- Jak ty się odzywasz… No dalej wypluj ją natychmiast. – nie dawał za wygrana.
- Ale pan jest monotematyczny…
- Nie wygłupiaj się, jazda do kosza.
Jako odpowiedź otrzymał cisze, bardzo dużo ciszy, przerywanej leniwymi ciamknięciami. Wraz z nimi rosła jego irytacja. Już zbierał się, by ją zganić, ale  w tej chwili z tyłu klasy rozległ się głośny rumor. Zaskoczony obrócił się i ujrzał… zemdlonego Frycka leżącego na podłodze. Z tyłu jego głowy zaczął się pojawiać wielki, fioletowy guz…
- A mówiłem mu, żeby się nie bujał… - wyszeptał przerażony Czajnik.
- Nie oddycha? – spytała z nadzieją Kazia.
Polonista posłał jej dziwne spojrzenie i odparł:
- Zaraz sprawdzę…
-Niedobra ta guma! – dobiegł ich okrzyk żujki, która wstała z miejsca, podeszła do tablicy i z stoickim spokojem przykleiła gumę na samym jej środku. Czajnikowi odebrało mowę, jednak zajął się poszukiwaniem pulsu Frycka.
Ciszę poszukiwań przerwał dzwonek telefonu. To Kazia właśnie rozpoczynała swoje komórkowe ploty, nie zwracając uwagi na to, że trwa lekcja.
- Natychmiast przestań rozmawiać! – krzyknął młody nauczyciel, podenerwowany tym, że puls nie został odnaleziony.
- Poczekaj chwilę, to kolega z Ameryki…– oznajmiła Kazia, nie przerywając rozmowy.
- Jest lekcja, oddaj mi komórkę!
- Czekaj, czekaj, jeszcze chwila!
Czajnik nie zdzierżył.
- Dwaj to! – krzyknął i wyrwał jej brutalnie telefon. – Konfiskata mienia!
- Hi hi, mam drugą! – uśmiechnęła się Kazia. – A może i trzecią? Sprawdzimy?
Pan Czajnik zagotował się jak prawdziwy czajnik, ale zanim zaczął gwizdać rozległ się krzyk:
- O Jezuniu, martwy Frycek zmartwychwstał i sobie poszedł…
Przerażony nauczyciel odwrócił się gwałtownie. Rzeczywiście, nieprzytomny zniknął. Poczuł dziwny ucisk w żołądku.
-Uspokój się! – polecił. – Nie mógł sobie tak zwyczajnie wyparować, zresztą on wcale nie był martwy…
- A może mógł? Człowiek głównie składa się z wody, więc ta woda wyparował i zostały same kości i wyschnięte ciało, które rozpadło się w proch i już po Frycku… - dorzuciła swe trzy grosze Wikta.
- Co za nonsens! – gorączkował się Czajnik, ale nie wyglądał, jakby wierzył w swoje słowa. – Uczeń nie może tak sobie zniknąć, ani wyparować…
Przerwała mu głośna muzyka, która nagle wypełniła salę. To jakiś chłopak wyciągnął nie wiadomo skąd magnetofon i teraz puszczał na cały regulator piosenkę ,,Kupiłem czarny ciągnik”. Klasa zaczęła radośnie pokrzykiwać, niektórzy nawet zaczęli tańczyć po ławkach. Inni gadali przez telefony lub ze sobą, paru opętańczo biegało po sali, przy czym przerażony nauczyciel zdał sobie sprawę, że kilku gdzieś się zapodziało, za to przez chwilę wydawało mu się, że gdzieś w tym szaleństwie mignął mu rzekomo martwy Frycek…
Nagle zadzwonił dzwonek muzyka umilkła, pandemonium zmarło i uczniowie zaczęli się najzwyczajniej w świecie pakować, wraz z nimi ozdrowieńczy Frycek..
Osłupiały nauczyciel podszedł do niego.
- Co ty tu robisz? Co się stało? Gdzieś ty był?
- E, mnie nic się nie stało. Celowo się wyłożyłem, by móc potem uciec do sadu obok szkoły, bo mi mama śniadania zapomniała zapakować, bo właśnie oglądała archiwalne kazanie ojca Natanka… - wyjawił biednemu poloniście niedoszły nieboszczyk. – Ale teraz muszę już lecieć, pa! – zawołał i wybiegł z klasy. Za kapralem podążyła reszta.
Czajnik pozostał sam w nagle opustoszałej sali. Powoli podszedł do biurka i bezsilnie opadł na krzesło. Otarł chusteczką pot z czoła. Coś mu mówiło, że to będzie ciężki rok, baaardzo ciężki. Ale, że był z natury pogodnego usposobienia, pomyślał, że przynajmniej będzie ciekawie. W tej sprawie na pewno się nie mylił.
 _________________________________________________________________________

Nie liczcie, że kiedykolwiek skończą mi się obrazki z DN, Mwahahahha!

sobota, 23 lipca 2011

Kryzys komentarzy, czyli są wakacje. Luźny post.


Nastał jak widzę, drugi kryzys komentarzy. Pewnie dlatego, że nie ma Aniki i chyba halolali. Nie mam z kim pisać :( Miło by było jednak od czasu do czasu ujrzeć jakiś komentarz pod notką. 

W krainie absurdu
Dowód na istnienie pokemonów w mojej okolicy:



Czytam ,,Dzienniki Gwiazdowe”. Naprawdę, to lepsze niż większość tych pseudowampirzastych książek. Te, jak zapewne powiedziałoby wielu z was, starocie potrafią nieźle zamieszać w głowie.


Przypomina mi się szkoła (a kysz!), a wraz z nią koledzy z klasy. Szczególni taki jeden R., którego charakteryzowało ,między innymi to, że wymyślał na mnie bardzo twórcze wyzwiska. Są tak inne, że nawet zamieszczę tu kilka z nich. Do wykorzystania xd:
- lamus
- sandał na ryju
- Mongoł
- kapiszon
- muł wenecki
- ***** żabojad
- ciota chrzestna

Stworzyłam swoją postać - taką dziewczynę. Mam już o niej dwa opowiadania i charakterystykę, coś jak Ania z great-nonsense (ale moja jest inna, chodzi mi o formę prezentacji na blogu). Jeśli chcecie, mogę tu o niej pisać. Niektóre mnie wbijają :)


Z działki...



Anika też w dziczy, też niedaleko jezioro i też z uciekającym zasięgiem. Ale ja mogę ładować telefon, Mwahahah! (śmiech Gerarda Way’a xd).
Rysuję sobie stołek. Nawet jego nie potrafię narysować. Nie jest to dołujące?
Na działce pełno ślimaków – wstężyków ogrodowych. Wczoraj wyniosłam całe ich pudełko do rowu. Wilk syty, owca cała- dziadek zadowolony, bo ślimaki nie wyrządzą szkody, i wsteżyki zadowolone, bo żyją sobie  w wilgotnym rowie.
W niedzielę mamy zażabiać oczko wodne  - pojedziemy aż nad Noteć, ja złapię jakieś pięć  żab u przewieziemy je na Wolice. Będą rechotać wieczorami. Bo żaba się obrazi, jeśli się o niej powie, że kumka. Żaba nie kuma. Żaba rechocze, a kumka, jak sama nazwa mówi, kumak. Ropucha, ich kuzynka tak jakby kwiczy. Do naszego oczka wybiorę ładne, zielone i malutkie. Wciąż pada deszcz. Naprawdę, dziwię się skąd go się tyle bierze, tam w górze. Wydaje się, że wszystkie chmury powinny już dawno się skroplić, nawet, jeśli kilka przywiało z daleka. To przeczy jakiejkolwiek logice! Cóż, one najwyraźniej nie wiedzą, że nie powinno ich być i dalej zalewają nas w najlepsze. Między poszczególnymi, szybkimi ulewami nastaje kilka godzin ,,ładnej pogody”. Zebrałam już dużo skamieniałości i krzemieni ze śladami obróbki wtórnej. Kto wie, może używali ich nasi przodkowie? Ja wczoraj jestem zupełnie kimś innym.
Znalazłam w szklarni wysuszonego pazia królowej i całą masę bielinków. To wspaniała pułapka! Nic, tylko szukać szpilek.
Czuję się jak jakieś zwierzę w klatce z wybiegiem. Jak byłam mała lubiłam bawić się w koty, rosomaki, tygrysy (), a nawet… deinonychy. Cóż.. Nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna.

środa, 20 lipca 2011

Wyprawa Biskupińska



Wczoraj odbyłam długą wycieczkę.

Najpierw pojechaliśmy autobusem do Żnina. Długo oczekiwaliśmy na przyjazd kolejki wąskotorowej, która miała nas zawieść do Biskupina. Nareszcie przyjechała. Najpierw jak zwykle, awantura z dzieciakami o miejsca, ale jakoś się w końcu usadowiliśmy i ruszyliśmy w drogę. Podróż była wspaniała! Jechaliśmy w wagonie bez szyb w oknach, ah, wiatr we włosach, piękne widoki, to jest to! Narobiłam masę zdjęć, jeszcze sarna nam się napatoczyła po drodze. Najbardziej widowiskowo wyglądały tego dnia chmury. Tak niezwykle i ciekawie, jak to tylko cumulusy potrafią. Przejechaliśmy przez Wenecję, widząc zamek sławetnego diabła (Wypatruj uważnie Julia! Może zobaczysz braciszka!) i jeziora.

W Biskupinie udaliśmy się najpierw do muzeum. Była akurat wystawa o starożytnej Grecji. Nie wiem czemu, ale mnie takie rzeczy… brzydzą. I to strasznie! Nie potrafię tego wytłumaczyć… Na szczęście nie byliśmy tam długo. Potem obowiązkowy rajd po rekonstrukcjach i wycieczka po jeziorze statkiem o wymownej nazwie ,,Diabeł Wenecki”. Mama cały czas panikowała, bo bała się, ze dostanie choroby morskiej, albo raczej jeziorowej. Na szczęście te przewidywania się nie sprawdziły. Wdziałam buce. Nie dość, że nic im się nie podoba, chwalą się, gdzie to nie byli i nie będą, to jeszcze nie raczyli poczytać o miejscu i imprezach, zanim tam pojadą. Bez przesady, o festynie archeologicznym jest napisane nawet w moim podręczniku od historii, co prawda nie należy się po nich spodziewać , że czytają podręczniki, w ogóle, że cokolwiek czytają, ba, nawet, że to potrafią. Nie będę opisywać swoich przeżyć związanych z poznawaniem zapomnianej kultury. Dla każdego są one indywidualne. 

 Po zwiedzaniu najlepsza część – oczywiście pamiątki! Kupiłam sobie taki kieł na rzemyko-sznurku  – poprzedni mi się złamał, a ten był nawet lepszy. Wraz z nami kupowała szarańcza – czytaj: koloniści. Bosze, czy na moim obozie też tak będzie?!

Powrót kolejką do Żnina nie był już taki emocjonujący. Emocji dostarczył nam bieg ze stacji kolejowej na przystanek autobusowy. Biegliśmy w upale, i biegliśmy, przez pasy i chodniki, biegliśmy i … uf! Zdążyliśmy! Na ukoronowanie dnia poszliśmy na pizzę, do opisanego już prze ze mnie, Murzyna. Już wiem, jak ma na imię, przynajmniej w przybliżeniu. Prisal? A może Trisal? Nie ważne… Pizzę robi szybko i świetnie!

Dzisiaj znowu jadę na działkę. Nie będzie mnie tak do soboty. Jak ja to przeżyję? Ale nie będzie tak źle. Pasożyty (rodzeństwo) zostają w domu, tylko ja, dziadkowie i kolejny świeżo wypożyczony staroć Lema - ,,Eden”.
 Widziałam dwa nieba...


wtorek, 12 lipca 2011

Myślęcinek

Dziś wielka wyprawa do Myślęcinka - Ogrodu Fauny Polskiej. Długo by pisać, co tam się nie działo. Zdjęcia opiszą to lepiej, proszę wybaczyć kraty :) Widzieliśmy duuużo królów Julianów (lemury katta, o których pisałam). Ale one mają świetne oczy. Nie dziwię się Malgaszom, ze brali ich za duchy zmarłych. To są stanowczo nad ruchliwe zwierzęta. Były też moje kochane wilki. Niestety, właśnie sobie odpoczywały :(

poniedziałek, 11 lipca 2011

Pionowy deszcz

 Na dworze wciąż pada. Typowo letni, pionowy silny deszcz. Pogoda w kratkę, jeden dzień mokry, drugi słoneczny i suchy. W wakacje potrzebna jest różnorodność. Ma do nas przyjechać jakiś kolega taty z Krakowa. On jest policjantem, ma dwójkę dzieci - niestety raczej w wieku mojego rodzeństwa. Ciekawe, jak to będzie. Ponoć krakowianie zawsze jak są w okolicy to podziwiają jeziora - tak przynajmniej mówi nasz nieodżałowany pan geograf.
Mam wielki problem ponieważ odryli nas z Aniką. Co my teraz zrobimy bez naszych ryjciów xd
Sięgnęłam ostatnio po trylogię ,,Dary Anioła". Kolejna pseudowampirzasta książka. Ale przynajmniej da się czytać i nie odrzuca mnie od niej jak od ,,Ever" (nie przypominajcie mi!). Na razie całkiem, całkiem, zobaczymy, co będzie w następnych tomach tej trylogii.
Chore sny na szczęście dziś się  nie pojawiły. Smok wciąż wytrwale sti na parapecie, mimo deszczu. Mam ochotę na wyjazd pod namiot, na działkę. Niestety, przy tej pogodzie to niemożliwe.




niedziela, 10 lipca 2011

Chore sny i komary



Dobra, ostatnio mam dziwne sny, i to bardzo. Zastanawiam się, czy nie umieścić na blogu kolumny ,,Chore i Totalnie Pokręcone Sny Myszy” –w skrócie CTPSM. Mogę gonić legwany, oglądać koniec świata, a nawet umierać, ale mój ostatni sen mnie dobił. A cóż w nim było takiego? Hmmm…  Opowiem wam go i sami zobaczycie. Posłuchajcie. Zaczęło się od kolumbijskiej partyzantki…

Jestem w guerilli. Czerwona  opaska, bluzka z Che Guevarą, karabin przyrzucony przez plecy, naboje obijające się wrednie o udo podczas biegu – full wypas. Napadamy i grabimy wioski Indian (tych z nad Amazonii, nie mają oni nic wspólnego z piórami, tipi itp.). Formalnie nie należą oni do żadnego państwa, więc rabujemy ich bezkarnie.

W pewnym momencie przyjeżdża do nas rezydent z Hawany (stolica Kuby) od samego Fidela Castro i nakazuje nam przestać ich ciemiężyć, bo robią oni kasę dla naszego kochanego dyktatora. Więc napadaliśmy na konwoje wojska przewożące broń. Był z nami taki jeden wredny kapral. Cóż, rozumu nie miał tyle, co złośliwości i wraz ze swoim oddziałem podjął samobójczą misję zdobycia wagonu z nitrogliceryną  (nie wiem, skąd się tram wzięła nitrogliceryna, a tym bardziej pociąg). No i hmmm… Jakby to opisać w krótkich słowach… Chyba BUM! opisze ten ,,przykry incydent” najlepiej. Zuy kapral jakoś przeżył (jednak nie był taki głupi, wystawił swój oddział, a sam się ukrył, pewnie przed gniewem dowództwa na tę samowolkę).

 Radość  (czyja?!)  z ,,cudownego” ocalenia nie trwała długo, bo i jego i mnie zgarnęła Armia. Przesłuchiwali nas w jakimś szarym bunkrze. Wyłamywali palce, chcieli od nas wyciągnąć informacje o formacji i taktyce naszej bandy. Kapralowi odebrało reszki rozumu, więc żołnierze, widząc, że opętańczo bełkoczący nie na wiele im się przyda, postanowili się go pozbyć.  Na chwilę przed wykonaniem wyroku jakby coś tknęło feralnego kaprala, opadła zasłona szaleństwa i rozumnym wzrokiem ujrzał wymierzoną w siebie lufę. Krzyczał coś, że ginie w imię jakiegoś Castro (nie zapamiętałam imienia), brata sławetnego Fidela, Ministra Służb Specjalnych. Długo nie krzyczał. Uśmierciwszy go brutalnie oprawcy zaczęli ,,dowiadywać się” czegoś ode mnie. Ktoś mocno mną potrząsał, a potem zaczął ciągnąć za nogę. Okazało się, że to był mój tata, budzący mnie do kościoła.

Taaak… Pozostawmy to bez komentarza,  Naprawdę nie wiem, skąd mi się takie rzeczy biorą… Na jawie chyba bym czegoś takiego nie wymyśliła. Zresztą, kto mnie tam wie.
W krainie absurdu mieszkam ja. Sąsiedzi z bloku na przeciwko mieszkający na czwartym piętrze mają na parapecie… smoka. Więcej o tym jutro.

Byliśmy w lesie. Ach, komary, komary. Mnie lubią szczególnie, nie ma to jak grupa 0-, bez jakiegokolwiek białka na erytrocytach i czynnika Rh, najlepiej nadająca się do komarzego rozmnażania. Cud, że pozostała mi jej choć kropla w żyłach (a także  naczyniach włosowatych i tętnicach. Przygotowywanie do konkursu się kłania L).  Las oprócz tego cudowny. Słońce, ptaki, ten niepowtarzalny klimat. Ach, co za nieszczęśnicy, którzy nie mają u siebie lasu…

Ale cykady grają wieczorem. Milkną już jaskółki i jeżyki, nietoperze wyruszają na łowy, pod błogosławieństwem słońca, malującego na niebie smugi różu i pomarańczy.