środa, 28 grudnia 2011

Granica wyobraźni

Właściwie to wszystko sprowadza się do tego, że czegoś nie pojmujemy. W którą stronę by nie pójść, w którą gałąź nauki, to wszystko w końcu zacznie przekraczać zdolności naszej wyobraźni. W pewnym momencie rzeczy staje się niewyobrażalnie duże, jak ciała niebieskie, odległości, nieskończone liczby, tysiące lat, albo znów niepojęcie małe, jak komórki, atomy, setne sekundy, całe historie zamknięte w światach kwarków i neutronów, a może nawet mezonów. Są też rzeczy niewyobrażalnie same w sobie, ciężko sobie przecież wyobrazić, uświadomić, że wszystkie organizmy żywe powstały z tej jednej, malutkiej komóreczki – pioniereczki, dzielnie pływającej w odmętach prazupy, że wszystko było kiedyś jednym i w pewien sposób ciągle jest podobne.

Czy można wyobrazić sobie inne wymiary? Jak działa mózg człowieka głuchoniemego od urodzenia? I w ogóle, jak działa mózg? Dokładnie? Nie potrafimy zrozumieć nawet samych siebie, a jest jeszcze tyle innych prawdopodobieństw… Czy gdzieś może być inne życie? Po czym je poznać? Jak zdefiniować? A może jest tak odmienne, że, no właśnie, nie potrafimy sobie go zobrazować? Jak to jest, że to co jest zbyt małe, by to pojmować, jest zbudowane tak samo jak to zbyt wielkie? Przypadek? A może prawidłowość… Nie zrozumie się też życia bez czasu. Nie wyobrazi sobie zniknięcia nieba.

  
Myślę, że to dobrze, że pewnych rzeczy nie umiemy sobie wyobrazić. Ograniczenia są potrzebne. Jaki sens miałoby nasze życie, gdyby od początku wszystko było wiadome, poznane, nieskończenie wyobrażalne?
I tak nigdy nie zrozumiemy pewnych rzeczy, ale może nie warto? Może to jeszcze za wcześnie i jesteśmy dopiero początkiem, wciąż tylko początkiem, a świat jest jeszcze młody? Szkoda, że nie dowiemy się i nie poznamy końca. Ale może wciąż będziemy żyć w nowym, jak wspomnienie, jak ta pierwsza komóreczka żyje w nas?
Przed nami tysiące, miliony, miliardy, choć to już nie będziemy my. Tysiące, miliony, miliardy… i znów nie możemy sobie czegoś wyobrazić.

wtorek, 20 grudnia 2011

PODSUMOWANIE EGZYSTENCJI


Trzeba to wszystko jakoś uporządkować.

Z poprzedniej ankiety wynika, że najwięcej z Was, bo aż jedenastu, gubi to, czego właśnie potrzebuje. Prawo ironii losu zbiera swoje żniwo... Jedna osoba najczęściej nie może znaleźć telefonu, przeciwko innej sprzysięgły się klucze, a ostatnia za nic nie może doliczyć się zeszytu. Jest jednak tutaj pewien człowiek, który nigdy nic nie gubi, może dlatego, że nie ma co. 


Nie będę pisać aż do świąt, za to po przerwie blog nabierze bardziej, konkretnego, że tak powiem, charakteru. 

Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają to coś, a jeszcze większe dzięki składam tym, którzy są w stanie zostać tu na tyle długo, by zostawić komentarz. Wzorem kilku znajomych blogerek postanowiłam założyć nową stronę - ,,Najlepsi z najlepszych", czyli listę osób, które szczególnie często wpadają do tej krainy bzdur. Nie chcę motywować do jakiegoś współzawodnictwa czy częstszego pisania, to po prostu mój wyraz wdzięczności. Na razie nie ma jeszcze tylu komentujących osób by mogła ona powstać...

Do zobaczenia!

niedziela, 18 grudnia 2011

Róża jerychońska

Wśród piasków Sahary można spotkać małą, jednoroczną roślinę, o dość długiej, trudnej łacińskiej nazwie Anastatica hierochuntica. To róża jerychońska. Po przekwitnięciu jej pędy zwijają się do środka, tworząc ażurową kulkę, podobną nieco do pąka róży - stąd jej potoczna nazwa. Suchy pustynny wiatr odłamuje tę kulkę od korzenia i toczy, daleko, daleko po piaskach. Gdy wiatr trochę osłabnie, a w powietrzu będzie więcej wilgoci, kulka zatrzyma się i otworzy, uwalniając dojrzałe nasiona, które szybko zakiełkują. Roślina zakwitnie, wyda owoce i cykl znowu się powtórzy. Nawet na pustyni trwa koło życia. Zawsze chciałam taką mieć.

Szukałam jakiegoś letniego anime o podróży i myślę, że wreszcie znalazłam - Air. Mam nadzieję, że spełni moje oczekiwania. Grafika jest piękna, ciepła, przywodzi na myśl sierpniowe wieczory. Gdy skończę Wolf's Rain zaraz się za nie wezmę... A może nie... Co wybrać - Air czy Mushishi? Pomocy...

piątek, 16 grudnia 2011

Skamieniałości, czyli nikt nie wie, co to jest amonit.

Zbieram skamieniałości już od jakiegoś czasu - wiem, dziwne hobby, to naprawdę niezły widok, czternastoletnia dziewucha na kolanach penetrująca wszelkie skupiska kamieni. Ostatnio kolega wystawiał swoje zbiory w bibliotece i bardzo mnie zaciekawił - miał naprawdę ciekawe okazy, jak zęby oviraptora, amonit, trylobity, skamieniałe ryby... Ubiegł mnie, małpa, i pierwszy kupił trylobita na allegro, wolę jednak je zbierać, nie mam co prawda takich ciekawych skamieniałości, ale zebrałam je sama. No... W większości. 
Kilka dni temu poprosiłam dziadka, by poszukał mi jakiś odcisków wapiennych i skamieniałych szczątków w kamieniołomie. Marzyłam bowiem o amonicie, jednak nigdzie nie mogłam go znaleźć. To, co przyniósł dziadek przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Skontaktował się on z osobą, która rozbija kamienie i tak weszłam w posiadanie naprawdę ciekawych  tworów, takich jak skamieniałe muszle ze skrystalizowanym wnętrzem. Trafił do mnie też kawałek skamieniałej kości, kawał wielkiego amonita, piryt i kalcyt oraz skamieniałe w całości ramienionogi. 



To i inne moje skamieniałości przyniosłam  na lekcje geografii - obiecałam kiedyś panu, że udostępnię je jako pomoce naukowe :)
Kiedy pan podniósł kawał amonita i spytał, cóż to jest, nikt nie potrafił odpowiedzieć. Nie kojarzyli nawet, co to jest amonit. A wszystko to przerabialiśmy w zeszłym roku...
To trochę dołuje, nieprawdaż?

Nie potrafię sobie wyobrazić, że ta bryła wapnia w mojej ręce była kiedyś żywa, pływała w oceanie, w tym samym czasie co wielkie gady. Tak dawno... Gdy pojawiły się trylobity nawet o dinozaurach świat jeszcze nie słyszał i długo nie miał usłyszeć. Wszystko skupiało się w wodzie, a wielu form życia. zwyczajnie nie było. 
Ciekawe, jakie myśli przychodzą w takim świecie? Ale wtedy nie miał kto myśleć...  

Coś ostatnio same przydługie tytuły wymyślam. 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Nie lubię ludzi, którzy złośliwie płoszą kaczki

Złośliwie i z pełną premedytacją.
W niedzielę, po kościele, pojechaliśmy z rodzicami do sklepu na szybkie zakupy. Rodzice i małe potwory (rodzeństwo) poszli kupować, a ja udałam się na spacer po pobliskim parku.

 


Całe mnóstwo kaczek pływało po stawie i dreptało po trawie. Uwielbiam kaczki, zwłaszcza krzyżówki, zawsze za nimi szalałam. Tak ślicznie się czyściły, kwakały, goniły, pływały, lądowały z impetem rakiety, wyciągając do przodu swoje pomarańczowe nóżki. Było ich kilkadziesiąt. Po pewnym czasie przyjechali skądś trzej chłopacy na rowerach, chyba z gimnazjum, usiedli na ławce i zaczęli rzucać w kaczki kamieniami, płoszyć je petardami i strzałami z jakichś kapiszonów. Robili to bardzo wytrwale, złorzecząc na biedne ptactwo blaszkodziobe jak tylko mogli. Dobrze, że kaczki ich nie słuchały, bo to słownictwo na pewno poważnie by je zdemoralizowało. Po pewnym czasie zostały tylko dwie, dobrze ukryte obok wysepki porośniętej trzcinami. Resztę przepłoszyli nad rzekę albo rozległe bagna. To niezwykłe uczucie, gdy znajdziesz się wśród stada odlatujących kaczej. Myślałam, że niektóre we mnie uderzą.
Naprawdę, nie cierpię takich ludzi. Nawet biedne kaczki nie mogą zaznać spokoju...
Rozumiem, wypędzać z pola, albo nawet z podwórka, ale zakłócać życie kaczuszkom pływającym po swoim własnym stawie? Co za małpy! Zielone :)

niedziela, 11 grudnia 2011

Czy to wspomnienie świata, czy wspomnienie wspomnienia?

Znacie to uczucie, gdy po przebudzeniu żałujecie, że to był tylko sen? Na pewno. Każdy zna.
Mój dzisiejszy majak był właśnie z tego rodzaju.


 Spotkałam w nim dawną koleżankę, ale nie to było w nim niezwykłe, wciąż czasami się z nią widuję. Wyobraźnia zaprezentowała mi kolejną alternatywną wersję mojej okolicy. Te wszystkie formacje, przeniesione w miejsce pełne wspomnień, dokładnie takie, jakiego ciągle szukałam, jakie powinno być. Zawsze będę za nim tęsknić. Póki nie przyśni mi się znowu. Niby wszystko jest w nich różne, ale mają ten sam charakter, takie uczucie, że kiedyś tak było, ale ja już tego nie pamiętam, albo nie powinnam pamiętać... A może ten sam świat mi się już śnił, a teraz przychodzą do mnie wspomnienia wspomnieć? A może to wizje upragnionego ,,raju"? W takim razie ja już w nim mieszkam.
Powtarzają się. W tych snach.
Most, ten most, skały tam i Inne z obu stron. Nic nie wiadomo, bo wiadomo aż nadto. Czekam na kolejny.
Może każdemu śni się zapomniany świat, wymarzony świat, ale pełen trudności?
Może umysł bawi się, składając kolaż z otoczenia, tworząc nowe?

sobota, 3 grudnia 2011

Moja obawa?


Bardzo mnie to poruszyło. Jakże sztampowe określenie. Możecie sobie mówić, że blokersi, że bez sensu, okropny język i w ogóle, ale ja i tak nie zmienię swojego zdania - ta piosenka ma głębię. Taki krzyk człowieka, który stracił wiarę, bo gdy naprawdę potrzebował poczucia ,,bożej opatrzności" zastał ciszę. O wyobcowaniu osób, które nie wierzą powtarzanym słowom, nie tylko w kwestii wiary, wydają się zwyczajni, szarzy, ale odróżnia ich sposób myślenia, chcą sprawdzić. Co jest właściwe? 
Ale to przecież ,,tylko podwórkowy bełkot"...

czwartek, 1 grudnia 2011

Wyjazd, krew

Jak pewnie zauważyliście, nie miałam ostatnio jakoś ochoty i czasu na pisanie. Nauka do konkursów przygniata, ale kupiłam sobie wreszcie wymarzone glany, więc się nie zniechęcam, nie będę o nich jednak pisać. O świętach też nie. Napiszę o wyjeździe do lekarza.

Wczoraj byłam w Bydgoszczy. Miałam wątpliwą przyjemność upuszczenia sobie dwóch fiolek, czy jak to się to nazywa, krwi i odwiedzenia ortopedy. Mama jest przekonana, że od pobierania krwi robi mi się słabo, i ogólnie, że w każdej chwili mogę zemdleć. Oczywiście nie omieszkała się poinformować o tym pielęgniarki, która prawdopodobnie w obawie, że będę się wyrywać, wbiła mi igłę nieco za głęboko. Tak naprawdę to na te pobrania jeżdżę od dawien dawna, a słabo przy pobieraniu zrobiło mi się tylko dwa razy - raz po tym, jak wybiłam sobie ząb, a drugi, gdy zamiast strzykawki pani postanowiła użyć mikro lancetu, a ja odruchowo napięłam rękę, więc gdy wbiła ona mi w przedramię igłę, krew bluznęła na rękę, stolik i podłogę. Na szczęście nie jakimś strumieniem rodem z taniego horroru, ale i tak trzeba było wycierać. A potem służba zdrowia w osobie pielęgniarki jęła uciskać biedną rączkę i łapać posokę do fiolek. Taa... Ciekawe doświadczenie, mówię Wam.



W poczekalni do gastrologa (rodzeństwo szło) spotkałam dziewczynę, która czytała 1 tom Kuroshitsuji. Lubiła te same tytuły, co ja, nie ma to jak oczekiwanie na nowe odcinki Sekaiichi Hatsukoi! Fani m&a są WSZĘDZIE!
Kupiłam sobie 2 tom DN i Otaku, więc jestem zadowolona.
Może jutro napiszę coś pseudointeligentnego.

piątek, 18 listopada 2011

Czy rośliny czują?


 Już od dłuższego czasu przypuszczano, że rośliny nie są tylko zbiorowiskiem żywych komórek. Posiadają wiele ciekawych zdolności. Mają wyczucie czasu, niektóre łapią owady, inne porozumiewają się ze sobą za pomocą substancji chemicznych, a jeszcze inne składają liście przy najmniejszym ruchu. Czy one czują? Rozumieją?


Rośliny nie są wcale tak bezradne, jak się wydaje. Uciekają się do wielu perfidnych sztuczek, aby zapewnić sobie przetrwanie. Muchołówki ,,zjadają” owady, by zdobyć potrzebne im substancje odżywcze, a rośliny z rodzaju Arum więżą na dnie sowich kwiatów owady tak długo, aż dokonają zapylenia. Akacja potrafi bronić się przed antylopami, które nadmiernie obgryzają jej liście. Niespełna w godzinę potrafi podwoić zawartość taminy w swoich liściach, co czyni je niestrawne. Z tego powodu często znajdowano martwe antylopy, które padły z głodu, mając pełne żołądki. Zaatakowane przez stonkę pędy ziemniaka wytwarzają substancje zapachowe, wabiące drapieżne pluskwiaki, których stonka jest ulubionym przysmakiem.

Najbardziej zaskakującego odkrycia dokonał jednak pewien specjalista wykonujący analizy na wykrywaczu kłamstw. Po pracy przyczepił elektrody wariograf udo rośliny w swoim biurze. W zasadzie chodziło mu tylko o sprawdzenie jak szybko, po podlaniu woda podejdzie do liści. Rezultat był zdumiewający. Urządzenie narysowało najpierw krzywą, oznaczająca stan łagodnego pobudzenia. Czyżby roślina cieszyła się, że ją podlewają? Backster (specjalista) podpalił jeden z liści zapałkami. Wynikiem była wyraźna krzywa strachu! Potem kazał swojemu studentowi ,,zamordować” jedną z dwóch stojących obok siebie roślin. Ten wyrwał ją z doniczki i rozszarpał. Następnie podłączono ,,roślinę – świadka” do wykrywacza kłamstw. Faktycznie, kiedy student – morderca zbliżał się do rośliny, aparatura rejestrowała u niej uczucie strachu! Wniosków płynących z tych doświadczeń  nie potraktowano jednak poważnie.


Jak dotąd nikomu nie udało się odkryć niczego, co mogłoby stanowić coś w rodzaju mózgu rośliny, zdolnego do podejmowania decyzji i dopuszczającego indywidualne reakcje. Rośliny zdają się reagować przez sygnały elektryczne, podobnie jak zwierzęta. Zamiast układu nerwowego mają najwidoczniej coś w rodzaju systemu przewodzenia impulsów elektrycznych.

A Wy jak myślicie? Czy rośliny czują? Już teraz zawsze będziesz patrzył podejrzliwym wzrokiem na swoją paprotkę…

piątek, 11 listopada 2011

Bycie plamą.

Jak by było, gdybym była plamą?



Zawsze wszędzie dopasowaną. Rozleźle wędrującą przez puzzle. Wszechstronną.
Zaczęłam oglądać FMA. Naprawdę dobre. A ponoć nie ma inteligentach shounenów.
Dzisiaj przyszła do mnie moja Q. I było naprawdę fajnie. Fajnie to takie banalne słowo, ale za to pasuje wszędzie. Wreszcie ktoś uważa, że Sebastian Korgal (mój krab) jest śliczny. Święto lasu!

niedziela, 6 listopada 2011

Ukryte różności

Co można znaleźć w moim pokoju?

# kraba Sebastiana Korgala
# gipsowy odlew zębów
# bzdurne książki
# zasuszone motyle
# ptasie pióra
# wysuszone najeżki
# bryły soli
# pełno kamieni
# skamieniałe belemnity

A co ciekawego można znaleźć w Twoim pokoju?


czwartek, 3 listopada 2011

Udało się wam?



Wczoraj zniknęło niebo. Tak po prostu, pyk! i już go nie było. Ale nikt tego nie zauważył. Nieba nie ma, więc nie może ono zniknąć. Czyli było, ponieważ go nie było. Skąd wiem, że zniknęło? Nie wiem. Dlaczego to napisałam? Chciałam sprawdzić, czy potraficie sobie wyobrazić nieobecność nieba i czym je w tych wizjach zastąpicie. I co? Udało się to Wam?

piątek, 28 października 2011

Biedronka się nie boi

Biedronki nie boją się wędrować po szybie na szczycie, tak wysoko, że muszą się czuć jakby były w niebie. 


 Dla nich to zwyczajna powierzchnia, podłoga, jak dla nas ziemia. Nie lękamy się przecież, że nagle, czymś osobliwym oderwani ,,spadniemy" w bezmiar przestrzeni nad nami. Ale biedronka wzbija się do lotu, prosto w przepaść. Czym się różni lot od spadania? Uczmy się latać.

czwartek, 27 października 2011

Meduza, której nigdy nie pojmę.

Dlaczego nie piszę? Ależ piszę, tylko, że na kartkach. Siedzę w szkole i bazgrzę. A potem gubię te wszystkie świstki i karteluszki i nie mogę dodać na bloga. Może to nawet i lepiej.
Pobzdurzę na świeżo.


 Jest taka rzecz, a raczej zwierzę, którego nigdy nie pojmę, a mianowicie Meduza. Wiem, teraz pewnie wszyscy myślicie - co jest takiego dziwnego w meduzie? Mówię Wam, jest. Rozmnażanie. Jeśli ktoś to widział, to wie, że chyba nie ma drugiego tak totalnie wykręconego sposobu rozrodczego i pewnie łatwo się zgodzi, że meduzy i polipy to najdziwniejsze stwory o jakich słyszał.
To wszystko przez te polipy!
Polip to mała meduza. Owa dorosła rozmnaża się płciowo, zwyczajnie, ale jako mały polip dzieli się bezpłciowo.  Na naszym kochanym ,,czymś" może też pojawić się pączek, z którego rozwija się dojrzały okaz. Albo drugi polip. Albo nie.
Jak każdy wie, różowa galaretka pięknie sobie pływa po szerokiej i głębokiej toni wodnej, ale jej młodociana forma niekoniecznie... Polip jest przyczepiony do podłoża i wygląda, krótko mówiąc jak jakaś roślina.
A najlepsze jest to, że meduza niekoniecznie jest zawsze meduzą i niektóre gatunki potrafią się cofnąć do stadium polipa, po czym znowu zamieniają się w meduzy. I tak w kółko.
Nie wspominając już o czymś tak abstrakcyjnym jak parzydełka, planule czy kolonie polipów, gdzie każdy polip pełni określoną funkcję.


Nie mam pojęcia, jak takie coś mogło się wykształcić na Ziemi. Jeśli na naszej kochanej, pięknej planecie, gdzie każdy szanuje każdego, wbijając mu nóż w plecy (nie, żeby mi to nie odpowiadało) istnieją jakieś organizmy, które przybyły z kosmosu to z pewnością są to nasze poczciwe meduzie. I polipy. Polipo-meduzie.

czwartek, 13 października 2011

Spotkanie autroskie z p.Małgorzatą Gutowską - Adamczyk


Byłam wczoraj na spotkaniu autorskim z p.Małgorzatą Gutowską - Adamczyk . Jak zwykle babcia musiała jej coś nagadać i pisarka wypytywała mnie o opinię odnośnie swoich książek. Czytałam co prawda tylko,,Wystarczy, że jesteś" i ,,13.Poprzeczna", ale bardzo mi się podobały. Autorka też sprawiła bardzo sympatyczne wrażenie. Dowiedziałam się bardzo wielu rzeczy, niekoniecznie związanych z pisaniem :3

W bibliotece była też moja otaku - po spotkaniu nie mogłyśmy się nagadać i przyszłam do niej do domu. Było ciemno, do tego nic nie powiedziałam mamie i miałam jeszcze lekcje od odrobienia, więc, delikatnie mówiąc nie była zadowolona i urządziła mi awanturę.

niedziela, 9 października 2011

Tęczowe pojęcie


Osoba, która nie ma zielonego pojęcia: Nie mam zielonego pojęcia, co napisać. Ani nawet niebieskiego, bo będę to pisać niebieskim długopisem.
Osoba, która ma żółte pojęcie: Ja mam tylko żółte. O żółtych migdałach. Do diabła z niebieskimi, to niemrawy i blady kolor, jakiś taki zimny. Moje migdały mają być pieczone, takie żółciutkie z ananasem
Znawca ananasów: Ananas wcale nie rośnie na drzewach, tylko w ziemi. Tak z innej beczki.
Wierny widz Wiadomości: Jeśli tej, w której były te dzieci i kapusta, to nie chcę!
Przeczący: Nie, nie tej.
Udający sąsiadkę: A jakiej?
Nie posiadający beczki: A srakiej. Nie mam żadnej.
Troszczący się o ginące zawody w Polsce: A powinieneś mieć. Bednarz przez ciebie zbankrutuje.
Łowca błędnych ogników: A spadaj. Łowcy ogników beczki nie są potrzebne.
Pomysłowy Dobromir: Mógłbyś trzymać błędne ogniki w beczkach.
Realista: Idioto, kto wtedy zobaczy ich tęczowy blask?
Osoba o tęczowym pojęciu: Osoba o tęczowym pojęciu.

piątek, 7 października 2011

Wreszcie pozbyłam się obturacji, czyli od czterdziestolatka do czternastolatki w cztery miesiące.


Wczoraj od dwudziestej pierwszej do pierwszej w nocy, szyłam z babcią koszulkę na ten mój projekt realizowany na zajęciach artystycznych. Dzisiaj poszłam tylko na nie - potem wyjazd do mojego ukochanego pulmonologa (godzina jazdy w jedną stronę). Wpadłam w stres, gdyż okazało się, że akurat dzisiaj zapomniałam wziąć leku, co naprawdę nigdy się nie zdarza, i przekonana, że źle wyjdzie, zrobiłam badanie spirometryczne. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że wreszcie, po pół roku od rozpoczęcia nowej metody leczenia, w końcu udało się zredukować pokłady komórek stanu zapalnego w oskrzelach i wreszcie oddycham zgodnie z NORMĄ! Czuję różnicę. Moja lekarka powiedziała, że podczas wcześniejszej wizyty (dwa miesiące leczenia n.m.) miałam wyniki jak czterdziestolatek. Teraz wreszcie mam oskrzela jak normalna nastolatka. Wolę nie myśleć, jakie były podczas roku odstawienia od leków :/


 Gdy już jestem w Bydgoszczy, to obowiązkowa jest wizyta w Empiku - miałam pieniądze z urodzin i kupiłam kolejną dziwną książkę (tzn. dla mojej mamy i większości ogółu) ,,Klan Jaskiniowego Niedźwiedzia" i stary (pojęcie względne, do empików wchodzi z taaaakim opóźnieniem) magazyn Otaku. Mój pierwszy :3 Jak już przeczytam tą książkę to z pewnością coś o niej napiszę.

A teraz pa, bo jest już późno.
Spać!

środa, 5 października 2011

I będzie Cię to dręczyć

Przyjmijmy, że nie ma nic, a wszystko dookoła to tylko wytwór naszego umysłu. Ludzie, których ,,znasz" nie mają świadomości. To tylko programy/złudzenia/kukiełki. Straszne? A wiesz, co jest najgorsze? Że nigdy w żaden sposób nie zdobędziesz pewności, że tak nie jest.




Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebula,
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.
(W.S.)

Post bez sensu.

sobota, 1 października 2011

Sen miałam rodem z polskiej komedii

Bóg zapłać tym 8 dobrym osobom, które uważają, że mój blog warty jest czytania. Taa... Wczoraj był Dzień Chłopaka. Oczywiście moja klasa musiała to świętować w właściwy sobie sposób, to jest nienormalny. Urządziliśmy spotkanie klasowe, podczas którego chłopaki przebierali się w damskie ubrania, a my w męskie. Potem chowaliśmy się na boisku. Nie bardzo było gdzie, więc kładliśmy się i udawaliśmy trawę. Powinszować. W trosce o Waszą psychikę na zamieszczę zdjęć chłopaków w sukienkach. Nikt nie czyta... Sen miałam rodem z polskiej komedii. Szkoda, że tak brutalnie roztłukł się o rzeczywistość.


Obudziłam się dzisiaj w takim świetnym nastroju, jednak mama zaraz musiała mnie zdołować. I teraz w pokoju panuje nieopisany wręcz syf, a ja siedzę przed kompem i zbieram siły na sprzątanie. A po niedzieli cztery sprawdzany... Szkoła jest wkurzająca. Ale na razie żyję w radości, gdyż udało mi się zrozumieć fizykę, a imiesłowy chowają się gdzieś po kątach. W poniedziałek niestety woźna swą nieubłaganą miotłą wymiecie je wprost na kartkę, a nieszczęśni uczniowie będą musieli je po rozplątywać, poukładać, posegregować i jeszcze zrobić z nimi wszystko, co się da na ,,po". Wyniki tej pracy zostaną odnotowane w pięknym obitym pseudo skórą zeszycie. Nie trzeba zdolności w zakresie prekognicji, by wiedzieć, że będą one nie za dobre...

środa, 28 września 2011

Coś nowego - z pamiętnika Kazi...

Nie pisałam, azaliż gdyż byłam chora. Zaraził mnie kto? Oczywiście, nasz kochany ksiądz z autobusu i od pentagramu. Pogratulować. Ale zwolnienia tylko dwa dni, zresztą nie do końca... Ja nawet chorować nie mogę, oż! Potrzeba tu jakiejś odskoczni do anime (Hellsing mnie wciągnął), bo nie o tym miałam tu pisać, więc macie:


Z pamiętnika Kazi…

4 września
W szkole wszystko kręci się dookoła kręcenia. Ja kręcę na temat moich różowych włosów. Nie ważne co kręcę, ważne, że ukręcę (ah, słiit Vilolla!) Jutro przechwytujemy kuriera od Ruskich. Trzeba tylko wziąć bejsbola, bo ostatnio pod lasem pełno takich zakolczykowanych gostków w czarnych skórach z jabolami. Niech nam tylko przemytu nie zepsują, małpy!

5 września
Zniszczyłam sobie moją różową koszulkę z Biebrem, ale przechwyciliśmy uran. Misja była zagrożona, jednak bejsbol skutecznie utorował nam drogę ku ociepleniu. Trzeba się zabezpieczać, na wychowaniu do życia w rodzinie ciągle to przecież mówią. Wikta powiedziała, że trzeba to się zmywać, bo do tego wszystkiego dojdzie jeszcze morderstwo. Jakie morderstwo, on się przecież ruszał!
  
6 września
Mówiłam, że jest git. Trup zniknął i jest w porządku. Wikta się martwi, że może gdzieś na nas donieść. Wątpię, by go posłuchali, za dużo procentów. Nie cierpię, jak mi nie wierzą, więc postanowiłam, że zostanę abstynentem. Trzeba go jednak na w razie co złapać, by przeszedł specjalne pranie mózgu Frycka, bo z punkami nigdy nic nie wiadomo. Ah, kupiłam nowe Bravo! Jest Edward na plakacie! Ja nie mogę, jaki słiiit! Wikta powiedziałaby, że kawaii. 

C.D.N.

środa, 14 września 2011

Chociaż nauczycielka się pośmiała...


Dostałam dziś 2 z polskiego i jestem z tego dumna. 


W ogóle niezłe oceny w klasie: 17 jedynek, 4 dwóje i jedna piątka... Pani zaczepiła mnie po lekcji, i powiedziała, że musiała się powstrzymywać, a jak wyszła to strasznie się uśmiała i mam się nie przejmować. Bo... Pod pierwszym zadaniem z gramatyki (ble :P) w pustce napisałam tak:
,,Eh, jak zwykle kartkówka musiała być akurat wtedy, kiedy się na nią nie uczyłam. Teraz będę się męczyć z tą jedynką przez całe półrocze, bo tak łatwa kartkówka już się nie powtórzy. A wystarczyło tylko otworzyć ćwiczenia na odpowiedniej stronie i się pouczyć, ale ja oczywiście musiałam powtarzać sobie rodzaje enzymów trawiennych. Ale kończę już ten poemat, by zaoszczędzić pani łez ze śmiechu. A wie pani, dlaczego to napisałam? Bo wstyd było oddać pustą kartkę."
Nie miałam już nic do stracenia i wszystko było mi jedno, jak piszę, czy to składne itp. Pierwszy raz taki numer odwaliłam, w gimnazjum byłam poprzedni rok grzeczna XD Całą resztę lekcji przesiedziałam w stresie...
Najlepsze jest w tym to, że miałam szóstkę z polskiego na koniec pierwszej XD Chociaż pani się pośmiała...
Potem okazało się, że jednak to umiałam, tylko przez enigmatyczne polecenie nie zajarzyłam o co dokładnie chodzi… Bez komentarza.

środa, 7 września 2011

Deszcz to samobójstwo


 DE    DE    DE 
sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz
   cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz 
sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz
   cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz
sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz
   cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz 
sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz
   cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     cz     sz     JA    sz     cz     sz
ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA  ZIEMIA 

 
Szum deszczu
Krzykiem kropel
Rzucających się z chmur
W wodnym samobójstwie

czwartek, 1 września 2011

Wystarczy, że wszyscy inni piszą.



Nie będę pisać o rozpoczęciu roku szkolnego. Wystarczy, że wszyscy inni piszą. Eh… Znowu się zacznie. Tyle godzin w szkole… Nic dziwnego, że tak mi drżą ręce i ogólnie robię się nerwowa, skoro codziennie się męczę. Każdego dnia siedzę w klasie, niecierpliwie wyglądając ostatniego dzwonka, z nogami szaleńczo latającymi pod ławką. Ale to i tak lepsze od zmęczenia i apatii, na które też na pewno znowu przyjdzie czas. Nie będę więcej wypisywać bredni o szkole, bo wszyscy dobrze wiedzą, jak bardzo ona wkurza i przygnębia i mają o naszym przecudnym krajowym systemie edukacji własne zdanie.


Czytam ,, Another note, the Los Angeles BB murder cases”. Czytam teraz, bo wiem, że później przez długi czas nie będę mogła. Znalazłam tylko trzy rozdziały po polsku, więc jeśli ktoś jest w posiadaniu przetłumaczonej całości, lub choćby części to bardzo proszę dać znać :), bo wszyscy doskonale wiedzą, jak badziewnie tłumaczy translator. A ja nie mogę skupiać się na treści i sobie czytać, gdy staram się odcyfrować matactwa tłumacza. 


 Haha, zaraz umrę ze śmiechu, bo wróciłam do pisania haiku. I to actowego.  Samej sobie życzę powodzenia. Przyda się. Moje krzesło jest już właściwie prawie rozwalone, to dlatego, że oglądając niektóre anime tak się śmiałam, że kilka razy się z nim wywaliłam. Biedne krzesło. Co tam krzesło, biedne krzyże, ał!

sobota, 27 sierpnia 2011

Na wykopki! Dla dzinks XD

Dzinksie, łap! Jestem rąbnięta, bo niemiłosiernie się ryłam, jak czytałam ten tekst, który kiedyś w zamierzchłych czasach napisałam i zagubiłam gdzieś w czeluściach mojego komputera. Wciąż uważam, że jest marny, więc czytasz na własną odpowiedzialność!
  Wikta…
 Wreszcie! Już myślała, że ten cudowny dzień nigdy nie nadejdzie. Wydawało jej się, że każda chwila bardziej ją od niego oddala, niż przybliża. No, ale w końcu oczekiwanie dobiegło końca. Zerwała się z łóżka i ze śpiewem na ustach zaczęła się ubierać. Gdy już była gotowa, wciąż śpiewając pognała na dół, do kuchni.
- Dziś jest dzień wykopów, dziś są wykopki, jee! – wykrzyknęła do rodziców i brata siedzących przy stole i jedzących parzybrodę. Nagle zamilkła zdziwiona.
- Dlaczego na śniadanie mamy dziś obiad? – spytała mało składnie.
- Siadaj i wsuwaj, a nie pytaj. – mruknął ponuro ojciec.
- Skarbeńku kochany, dziś musimy mieć dużo siły, nas czeka praca na polu, a ciebie szkoła… A właśnie, mój buraczku, gdzie się podział twój plecak? – zaświergotała mama.
- Ale jak to plecak? Jak to do szkoły?  - wyjąkała zdziwiona Wikta. – Przecież dziś są wykopki! Dzień buraków!
- Kochanie, jesteś już za duża, by móc opuszczać lekcje. To poważna sprawa. Nie wolno ci dla przyjemności opuszczać zajęć.
- Ale jak to, mamo?! Tak na nie czekałam, przecież wiesz!!! – dziewczyna nie wierzyła swoim uszom, wszystkim trzem, zewnętrznemu, środkowemu i wewnętrznemu.
- No już, nie ma gadania. Z ojcem już to ustaliliśmy.
- Yhm. – rzeczony współspiskowiec zaszczycił je mruknięciem.
- No właśnie! – uradowała się rodzicielka. – Do szkoły marsz!
- Nienawidzę was! – wykrzyknęła melodramatycznie Wikta i pobiegła do swojego pokoju. Chwyciła plecak, pal licho, jakie były w nim właśnie książki. Wiedziała, że mama potrafi być stanowcza. Mimo to, ona nie zamierza kisić się w klasie. Będzie wykopywać buraki, wraz  Norą, Fryckiem, Kazia, no i oczywiście Mariuszkiem. Już ona to załatwi, wszystko jedno jak. Bez większych protestów pozwoliła się więc zawieźć do szkoły (rodzice bali się, że jeśli będzie chodziła na pieszo, to porwie ją leszy, ale Wikta na tą myśl zaczynała współczuć leszemu). Jadąc obmyślała plan.
Zaraz po dotarciu do miejsca kaźni pobiegła na poszukiwania kolegów. O dziwo byli niemal wszyscy, ustawieni przed drzwiami klasy, gdzie grzecznie czekali aż dzwonek swoim terkoczącym głosem zapowie początek ich męki, czyli, prościej mówiąc, lekcji geografii.
- Co się stało? – wykrzyknęła, przyprawiając stojącą obok dziewczynę o palpitację bębenków usznych. – Dlaczego nie wykopujecie buraków, tylko tak tu stoicie?
- Moi starzy odwalili troskę o moje zaległości w nauce. – mruknęła Kazia – I wysłali mnie do szkoły. Ale dlaczego ty tu jesteś? Przecież  tak strasznie kochasz buraki?
- Tak, kocham je, buuu! Ale moja mama zrobiła to samo…
- Co? – wtrąciła się Nora – Myślałam, że akurat ty im się postawisz…
- Mi też kazoli. I do szokła musiołem przyjść. – zawieśniaczył Maciejczak.
- Widzicie, to zmowa! – podekscytował się Frycek – Oni zrobili to z premedytacją! To jest jakieś podejrzane!
- Ta, kryzys wieku średniego – mruknęła ironicznie Kazia.
- Ale my się nie damy! -  zadeklarowała się Wikta -  Mamy prawo do  wykopywania buraków! Mamy prawo do wolności!
- Dokładnie! – poparła ją Nora, ściągając na siebie spojrzenia.
- Co ty tu robisz? – zorientowała się Monisia – Przecież ty już dawno uciekłaś z domu…
- No, ale pomyślałam, że skoro was nie widać na polu, to pewnie jesteście w szkole, a sama wykopywać nie będę, więc poszłam do budy, by was poszukać i dowiedzieć się, co jest grane. – oświeciła ją Nora.
- No. Solidarność musi być! – Frycka aż roznosiło.
- Ale co my zrobimy? Tak nie wolno. – gorączkowała się Monisia – Ja nie chcę iść na lekcję.
- Nic aż tek złego się nie stanie – oświadczył Frycek – Albowiem…
- Albowiem?
- Albowiem uciekniemy z budy, miejsca kultu tortur wszelakich i siedliska bestii ohydnych, pod maską nauki skrytych, które tylko czyhają, by nas, niewinnych rozszarpać wściekłymi kłami geografii. – oznajmił chłopak tonem proroka.
- Co mu? – szepnęła Wikta na ucho Monisi. Nawet jak dla Frycka takie zachowanie nie było typowe.
- A, jak był ostatnim razem u ciebie to wypił trochę tej wczorajszej herbatki… - wyjaśniła Monisia.
-Aaa… - mruknęła zorientowana Wikta, a głośno powiedziała - Aleś ty szybki! O tym, że uciekniemy, to ja już wiedziałam jadąc tutaj.
-  O sso chodzi? – wydukał Maciejczak.
- O ten traktor, co nie chodzi. – usadził go zniecierpliwiony  się Frycek – Jazda do drzwi!
Posłusznie zebrali się przy wyjściu, już, już mieli wychodzić, lecz wtem na podwórku zamajaczył im cień potwora straszliwego, poczwary obrzydłej, o spojrzeniu rzucającym kary, dzierżącą w swej prawicy każącą miotłę sprawiedliwości, postrach wagarowiczów, maszkarę o złej sławie samojedzia, czyli, krótko mówiąc, woźną Helenkę.
- Oż kurdę! – jęknęła Wikta – Cały plan bierze  w łeb.
- Jaki plan? – Kazia uśmiechnęła się drwiąco.
- Nie martwić się nią! – Frycek poczuł w sobie zew kaprala – Woźna, nie woźna, wystarczy dotrzeć za płot, a ona nic nie będzie mogła nam zrobić. Jazda, biegiem, już!
Na dźwięk jego komendy wszyscy poczuli w sobie dla odmiany zew szeregowca i posłusznie puścili się do samobójczego biegu. Do świętej Agnieszki, kto wpadł na pomysł, by wokół szkoły był tak wielki plac?! Brama była tuż tuż. Powoli zaczęli wierzyć, że im się uda. Ich nadzieję rozwiał wrzask woźnej:
- Wracać mi tu, huncwoty! Łędogi! Natychmiast się zatrzymajcie!
- Biec! Biec za swoim kapralem! Nie zatrzymywać się! – darł się Frycek, skuszony wizją błogiego wykopywania buraków.
Jednak woźna, wprawiając ich w zdumienie, wydała bojowy okrzyk, podpatrzony chyba na jakimś filmie o Masajach i ruszyła za nimi w pogoń, wymachując karzącą miotłą. Jej afrykańskie zawodzenie zagłuszył głośny warkot. To drogą nadjeżdżał ciągnik, co więcej, ciągnik Mariusza, niosący ocalenie.
- Wskakujcie! – krzyknął kierowca – Szybciej!
Uradowanym wagarowiczom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Błyskawicznie usadowili się na przyczepie, zostawiając zdumioną woźną wraz z jej miotłą sprawiedliwości.
- Macie szczęście, że właśnie przejeżdżałem. Czemu wy nie na wykopkach? – spytał wybawca.
- Och, to już nieistotne. Ależ ty jesteś wspaniały - uśmiechnęła się do niego zalotnie Wikta, eksponując swoje zielone uzębienie – Masz świetne wyczucie czasu. Gdyby nie ty, to nawet nie chcę myśleć, co by się mogło stać. Naprawdę, szczęśliwy los nam cię zesłał…
- No, teraz już jesteś wszyscy razem. – samozwańczy kapral brutalnie przerwał jej wypowiadane szczebiocącym głosem peany na cześć traktorzysty – Na wykopki!
- Na wykopki! – odpowiedział mu radosny wrzask szeregowców.

Oczy, mafia i DN


Upał wręcz nieznośny, a mama ciąga mnie po targowisku i szuka mi dżinsów… Jak ja nie cierpię przymierzać spodni! WRESZCIE coś się zaczęło dziać i w moim spokojnym miasteczku była strzelanina! Tuż obok naszego domu! Po mieszkaniach w całej okolicy (a nie jest ta nasza okolica za wielka) chodzą i pytają. Ja nie mogę... Ponoć policja i mafia. Mam za domem mafię! Jaki szpan. Świat zwariował. A takie ponoć spokojne bloki. Miałam wczoraj imieniny, dzisiaj impreza :)





Dobiłam do 70 odcinka bleach, potem zrobiły się nudne i beznadziejne, więc na razie sobie odpuszczam i wracam po raz sześćdziesiąty oglądać Death Note od początku. Wciąż pozostaje najlepsze, a w miarę jak oglądam inne anime, jego status tylko się jeszcze wyżej podnosi (choć wyżej to już chyba nie można XD). Zauważyłam, że coś za mało tu Lighta, więc oto i on!
Ptaki już odleciały, a wśród nich moje ukochane jaskółki. Tak tu teraz cicho… Boże, znowu nadejdzie jesień, będzie wilgotno i mgliście, a niebo będzie wiecznie szare, słońce gdzieś zniknie… Szkoda, że Polska jest krajem wyjątkowo ubogim w słońce,  te szarości negatywnie wpływają na moją psychikę. Chociaż w komputerze będzie kolorowo, już ja o to zadbam!


Zagadka:
Jaki kolor oczu ma wpisany do dowodu osobistego osoba z heterochronią? 

środa, 24 sierpnia 2011

Jak szkatułka w szkatułkach.




Czasami kilka minionych dni zlewa mi się w jeden, a jeden, nawet i trwający, rozszczepia się na kilka. Nawet dobrze, że w końcu będzie ta szkoła (źle się wyraziłam, :P szkoła ciągle jest i niech sobie stoi i do sądnego dnia, bylebym tylko ja nie musiała do niej chodzić). Zresztą też dziwne zjawisko, powszechna nienawiść do naszego kochanego szkolnictwa. Skąd to się bierze? Może to zwyczajny protest przeciw ograniczaniu naszej wolności, ale głowy bym nie dała. Zresztą ona jest już zapisana do laboratorium medycznego, jak i reszta ciała – większość pójdzie na przeszczepy, a co zostanie na pomoce naukowe. Ha, ha, ha. Słaby dowcip. Płaski. Jak taka płyta CD (przyznam się, że w pierwszej chwili pomyślałam o dyskietce, prawdopodobnie ze względu na jej jakże bardziej adekwatny kształt, ale to porównanie może się wydać niezrozumiałe dzieciom neo, które i tak nie raczą się pojawić na tym zapominanym przez internautów blogu, położonym na skraju naszego wszechświata, ale lepiej dmuchać na zimne), która wiele razy bywa oddawana na pożarcie czarnej czeluści naszego napędu DVD, czy jak to się tam zwie (nie mam najmniejszej ochoty sprawdzać). Biedna taka płyta, szczególnie, że już wychodzi z użycia. Wkurzająca jest ta przemijalność, której naprawdę nie ma. Napisałabym tu coś, jednak i tak kazano by mi to skasować, więc nie będę katować klawiatury. Ech, ciągle piszę, że o nią dbam, atak naprawdę nic nie sprawia mi większej radości, niż znęcanie się nad jej małymi, płaskimi klawiszami i obserwowaniem, jak na ekranie mojego laptopa pojawia się coraz więcej liter, układających się w logiczne ciągi, których zbiór jednak owej logice przeczy. Ha, ha, ha, nawet pisanie tego bloga jest absurdem i paradoksem (proszę mi to zaliczyć, szanowne osoby, które kliknęły w niesławnej pamięci poprzedniej ankiecie pozycję ,,o absurdach”. Zresztą, miałam, co chciałam, trzeba było tego nie pisać, ale… Noż kurde, zawsze jest jakieś ale!). 
Ciekawe, czy ten mój laptop jest polskiej produkcji (w co naprawdę SZCZERZE wątpię (buhahaha, ja, szczerze!)), bo Polska, jest jak wiadomo, uznawana przez nasz nowoczesny naród za kraj paradoksów. Jeśli więc jest z mojej ojczyzny (patrz nawias w powyższym wersie), to absurdalność leży w jego naturze, w budowie, jest zapisana w każdym jego procesorze i na każdym jego dysku, więc idąc tym tokiem, to to, że piszę na absurdalnym komputerze absurdalne bzdury jest czymś zupełnie normalnym i logicznym. Ale, (a nie mówiłam, że zawsze jest jakieś ale?) jeśli przyjmiemy założenie, że ten kochany laptop jest jednak naszej krajowej produkcji, to pojawia się kolejny problem, gdyż Polska jest siedliskiem paradoksów tylko według ludzi nowoczesnych (mam nadzieję, że wiecie, o jaką nowoczesność mi chodzi, ale jeśli nie (ale, ale!) to i tak jakoś to będzie), a ja ich poglądów nie podzielam, więc mój komputer także jest normalny. Ale, może to oni maja rację (widzicie, jak bardzo staram się nie być szowinistą?), więc działam w sprzeczności z moim laptopem. Ale, jeśli to, że jestem Polką, powoduje, że jestem anormalna, to pozostaję do komputera kompatybilna. Ale… I tak dalej. Mam nadzieję, że wiecie, do czego to prowadzi (przyznam się bez bicia, że ja nie wiem). 
Właściwie to tak naprawdę nie piszę tu bzdur. Ale (ha, ha, ha, nie ma to jak unieszczęśliwianie się na siłę, cóż, może ja jestem masochistą, ale przecież wtedy to nie byłoby unieszczęśliwianie… Zresztą, akurat tutaj to ale powoduje moją radość.) pewnie przez większość jest to tak postrzegane. Właściwie, to ja tego bloga piszę dla siebie, od początku pisałam. Zresztą tak naprawdę nie jestem tu sobą, choć jednocześnie tylko tu… A nie będę tego pisać, bo moich myśli z reguły słowami nie da się określić, dlatego pisanie pozornie powinno sprawiać mi problem. I sprawia. Ale inaczej. Matko Boska Częstochowska (moja patronka, jakby nie patrzeć)! Gratulacje dla tych, którzy to przeczytali. A jeszcze większe dla tych, którzy to zrozumieli i wiedzą, co chciałam tym powierzchownie dziwnym i chaotycznym postem pokazać i powiedzieć. Proszę, piszcie w komentarzach, może komuś się udało? Ta, wiem, że nikt tego nie czyta. Anika... A co mi tam.


Jak szkatułka w szkatułkach.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Nieprzyjaźni ludzie, Mello i moje wynurzenia. Znowu!


Jakie to wkurzające, że nieprzyjaźni ludzie zostawiają nieusuwalne ślady w życiu. We wspomnieniach. Teraz już chyba zawsze będę dziwnie reagować na słowa: makro, Legia, Praga, plaża w Chorwacji, Amadeusz, cerkiew... No, ale przynajmniej im też zostanie solidny uraz. Już o to zadbałam ^^ Co jak co, ale grać to ja potrafię. Chociaż to. I czasami to aktorstwo bardzo się przydaje, oj bardzo... Ale już więcej nie pisze, bo i po co, było, minęło i nie wróci, tylko mama będzie narzekać, jak to jakoś znajdzie :P Nie warto wyciągać ręki do świata, bo wszędzie grasują siekiernicy. 
Ostatnio na blogu jawią się przeróżne filozoficzne dywagacje i moje psychodeliczne wynurzenia. Cóż... Chociaż jest co czytać.
Wreszcie wróciłam do domu...
Postanowiłam w końcu się zmiłować i wysłuchałam błagań mamy, wzywającej, bym wreszcie zaczęła czytać ,,normalne" książki (Niee, mamo. Lem nie jest normalny :P). Przywlokłam więc z biblioteki ,,Trzy życzenia" - przedstawiciela owej przeciętnej literatury młodzieżowej. Zaczynam czytać. Życzcie mi szczęścia...

Cytat na dziś:
,,Najgorszy jest lęk przed czymś, czego nie można nazwać."
Janusz Leon Wiśniewski

A dzisiaj dla odmiany Mello :3 Wiem, że to dziwne, ale go lubię.


niedziela, 21 sierpnia 2011

Rozważania przy ławie



Siedzę sobie na ławie na działce (a raczej siedziałam, bo wstukuję to już później) i rozmyślam. Rozmyślam o bzdurach, ściślej mówiąc. O kolorach, które właściwie przecież nie istnieją i są tylko złudzeniem, jednym z wielu, którymi karmi się nasz wzrok. Usiłuję wyobrazić sobie, jak naprawdę wygląda świat. Bez ułatwień, bez oszustw oczu. Wszystko jakieś takie… przezroczyste? No, nie da się tego określić. Właściwie, wtedy nie widać jakby nic. A gdyby naprawdę było tylko nic, to i tak musiałby być jakiś kolor tła, bo sama przejrzystość powietrza nie może ciągnąć się w nieskończoność. Powietrza. To też coś. Jakie to głupie, że tak ciężko przyswoić sobie wszechobecną nicość i pustkę. Gdy zamykam oczy, to ciągle widzę, widzę czerń swoich powiek. Ale… gdyby ktoś zwyczajnie urodził się bez oczu? Albo gdyby istniały jakieś pozbawione wzroku inteligentne istoty? Czy one też ,,widzą” czerń? Czy panuje ona w ich umyśle? Jak to jest po prostu nie posiadać tego zmysłu? Jak się wtedy myśli? Eh, nie mogę za bardzo określić tego, o co mi chodzi słowami. W takich chwilach żałuję, że nie można nawiązać z czytelnikami więzi telepatycznej (Anika, masz pole do popisu!) XD. Ponieważ wypisuję tu same bzdury, które bez owej telepatii (milcz Anika :D) są niezrozumiałe, kończę już to robić, bo trochę żal mi długopisu (naprawdę!), a później i ,,klawia, klawiatury dla śleeeepychh” (ha, ha dla ślepych! :P). A tak na serio, to ja ciągle poszukuję autorów tej piosenki! 


środa, 17 sierpnia 2011

Co w życiu cenię najbardziej?



Pamiętam kiedyś taki film komediowy, gdzie pewien mężczyzna na pytanie co w życiu ceni najbardziej, odparł, że ludzi. Wtedy miało to śmieszyć i ukazać jego filozoficzny charakter, ale po namyśle stwierdziłam, że warto by było takie pytanie zadać sobie samemu. Potem oczywiście o tym zapomniałam, ale niedawno ktoś mi o nim przypomniał, zadając mi je zupełnie nieświadomie. Co w życiu cenię najbardziej… I wiecie co? Moja odpowiedź była dokładnie taka sama, jak bohatera tamtego filmu. Nie wiem, czy i Wy tak uważacie, ale ja myślę właśnie tak. Dookoła jest wielu różnych ludzi, wszyscy inni i na swój sposób wartościowi, ciekawi wariaci, osoby życzliwe i wyrozumiałe, nerwowi cholerycy, ci starzy i doświadczeni, a także młodzi i… twórcy. Każdy z własnymi poglądami, każdy inaczej widzi świat, ma inny charakter, inny stosunek do mnie… Jak widać nawet tak ponoć aspołeczna osoba jak ja czuje potrzebę kontaktu z innymi i ich poznawania. Ludzie mnie zwyczajnie ciekawią. Bez nich byłoby nudno. Tak naprawdę tylko drugi człowiek potrafi mnie zaskoczyć, zainteresować, zmienić mnie. Na swojej drodze spotkałam wielu wspaniałych ludzi. Zresztą, nawet ci, których nie lubię i toczę z nimi wojny są mi potrzebni i czynią moje życie pełnym. Jak to powiedział Jan Twardowski - ,,wszyscy są dla wszystkich i każdy jest każdemu potrzebny”. Więc idę dalej przez to nieznośne życie, i wciąż poznaję, czy to w realnym świecie, czy w Internecie, nowych ludzi, odkrywając to przedziwne i piękne zjawisko, jakim jest drugi człowiek.
A Wy? Co Wy cenicie w życiu najbardziej? Zastanówcie się dobrze i odpowiedzcie sobie szczerze, bo od tego może zaskakująco wiele zależeć.
A w ogóle to jeszcze nie wróciłam z działki, a zamieściłam tu to, bo przydrałowałam na nogach do domu. To niedaleko, tylko cztery kilometry po wiejskich drogach. :P Trzeba być upartym XD Nie wiem, jak ja tam dłużej przeżyję. Pół nocy nie mogłam spać (proszę, pomińmy to, że ja i tak nie mogę spać :D).  Wiem, że tekst na górze nieco kulawy, ale to wszystko przez to, że pisałam go właśnie w owym środku nocy, gdy nie mogłam zasnąć. Teraz już znacie powód, dlaczego piszę tu takie nienormalne bzdury. Po prostu są one ,,tworzone” (haha, tworzone!) w półśnie o czwartej nad ranem.



Pierwszy opening Death Note jest genialny :3

wtorek, 9 sierpnia 2011

Można wszystko, tylko trzeba chcieć. I próbować.



Dzisiaj jestem z siebie naprawdę dumna i nic mi chyba nie zepsuje mojego dobrego (teraz) humoru. Otóż posprzątałam w moim pokoju. DOSZCZĘTNIE I DOGŁĘBNIE, czyli w szafach też :) Jakoś trzeba się przygotować do szkoły i zrobić miejsce na książki… To jest zwyczajnie dziwne i podejrzane, jak szybko mijają te wakacje. Tyle było przecież planów! Tyle rzeczy do zrobienia! I jak zwykle fiasko. I złość na samego siebie. Ale chociaż trochę udało mi się poszaleć z dala od domu. Do szkoły… Jak zwykle obiecam sobie, że ten rok będzie idealny, że będę się dobrze zachowywać, zdobędę wielu przyjaciół, nie będzie depresji, nie dopadnie mnie chore zmęczenie i tym podobne bla, bla, bla. I jak zwykle z tego też nic nie wyjdzie. Ale mam tą nadzieję, że tym razem będzie inaczej. No bo dlaczego nie? W końcu musi się udać. Wszystko da się zrobić, o ile się wystarczająco długo próbuje. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę!
 Zresztą przecież wszystko jest możliwe. A jeśli wszystko jest możliwe, to można wszystko. Tylko nie wolno zapominać o próbowaniu. Może coś wydaje się być odległe i niewykonalne tylko dlatego, że nikt jeszcze nie spróbował tego zrobić?

Snując się po necie zauważyłam straszny idiotyzm i absurd, czyli ,,Wyścig na szpilkach”*. Biegnąc w takim czymś prawdopodobnie bym się zabiła lub, co raczej bardziej prawdopodobne, zabiłabym te buty :) Mój tata boi się kupić mi glany (takie drogie, a ta NA PEWNO zaraz zniszczy). A moja mama...

Oryginalna rozmowa:
- Mamo, chciałabym mieć tygrysa bengalskiego...
- Oszalałaś? Zamęczyłby się z tobą. On też chce mieć jakieś życie. Tygryski wolą lasy, tajgę.
 No coment. Tyle o mojej niespożytej destrukcyjnej energii.

 
Często trapią mnie pytania: ,,Dlaczego koszmar senny jest gorszy od horroru?” i ,,Dlaczego sen po przebudzeniu nie wydaje się straszny?”. Po wczorajszej nocy znam już na nie odpowiedź. To zaskakująco proste. Gdy śni Ci się koszmar bierzesz czynny udział w akcji. Wyśniony świat staje się Twoim światem, jesteś w nim i wszystko, co się tam dzieje jest dla Ciebie prawdziwe. W pewnym sensie przeżywa się to naprawdę. Gdy oglądasz horror patrzysz na gotową historię – może i makabryczną, genialnie przemyślaną i przerażającą, ale tylko historię, która Ciebie nie dotyczy i przeżywają ją obce Ci osoby na ekranie. Właśnie dzięki tej bezpośredniości i realności koszmar okropnie Cię przeraża, choć gdy się mu dokładniej przyjrzy, tak naprawdę nie ma w nim nic szczególnie niezwykłego i mrożącego krew w żyłach.
I właśnie dlatego po wczorajszej nocy już chyba nigdy nie wejdę do piwnicy…


Po powrocie – konieczna wizyta bibliotece. Mam ostatnio fazę na bursztyny, więc książki też muszą być bursztynowe! Długo szukałam, ale w końcu znalazłam - ,,Złotą muchę” Chmielewskiej. ,,Szukajcie, a znajdziecie”. No właśnie. Chyba wszystko można znaleźć, pod warunkiem, że się dostatecznie długo szuka. To tak jak z tym próbowaniem :) Ale dziś przesłań napisałam… 

Cytat na dziś:

Aby stać się lepszym, nie musisz czekać na lepszy świat.
 Phil Bosmans


* prawdopodobnie raczej piszę to powodowana zawiścią i innymi zuuyymi pobudkami, gdyż nie posiadam żadnych szpilek

niedziela, 7 sierpnia 2011

Wszędzie dobrze...


... ale  domu najlepiej. Już wróciłam i Bogu niech będą dzięki! Ja zwyczajnie nie mogę mieć normalnych wakacji i wskutek wielu zaskakujących i wielce tajemnych wydarzeń trafiłam z Białowieży nad morze. Relacji zdawać nie będę, bo zajęłoby mi to tysiące stron i długie godziny (a także smutni panowie w czarnych garniturach nie byliby za bardzo zadowoleni xd), więc zamieszczę tu tylko kilka zdjęć, resztę pozostawiam waszej wyobraźni.




Precz z chronologią!

Cytat na dziś:

Stojąc w miejscu też można zabłądzić.
Edward Stachura